W jesieni życia znalazłam Cię, Panie!


Nad moim łóżkiem wisiał tzw. święty obraz. Był bardzo ładny i duży: dziewczynka z lalką, rzeczka, wokół kwiaty, i anioł z rozpostartymi ramionami, który zdawał się obejmować tę piękną całość.

Anioł był błękitno-biały, jak niebo, i miał ciemne, duże, i bardzo smutne oczy; bardzo smutne oczy anioła. Co wieczór mówiłam mój dziecięcy „paciorek” do mojego anioła: „Aniele Boży, stróżu mój...” i prosiłam „Bozię” o zdrowie dla całej rodziny. Mówiłam swój paciorek na głos, ale miałam też swoją tajemnicę, którą znał tylko mój anioł i ja: bardzo chciałam zobaczyć prawdziwego anioła, i dowiedzieć się dlaczego ma takie smutne oczy... Rysowałam często te oczy, duże i smutne, które zdawały się kryć jakąś wielką i bolesną tajemnicę.

W naszym domu było wiele obrazów, jak w muzeum. Ojciec był kościelnym, ministrantem, organistą, a nawet i grabarzem, gdy tamten się upił. Obrazy były duże i „święte”, i – jak mówił ojciec – cenne; były jego dumą. W kościele było ich jeszcze więcej.

W jakimś momencie uświadomiłam sobie nagle, że nie widziałam nigdy modlącego się ojca. Nie modliła się też matka. Tylko my, dzieci. I babcia. Często widziałam ją klęczącą przed domowym ołtarzykiem, modliła się i płakała. Nie rozumiałam jej łez. Naszej rodzinie wiodło się dobrze, wszyscy byli zdrowi, dom ładny i przestronny, piękny ogród. Było nawet radio, pierwsze w całej wsi. Jak na trudne powojenne lata, byliśmy bogaci. Nie rozumiałam więc, dlaczego babcia płakała, a anioł miał smutne oczy... W ogóle babcia była jakaś inna, często głaskała nas po głowach i mówiła „Idź z Bogiem”, lub «żegnała» nas gdy wychodziliśmy z domu. Matka i ojciec nigdy tego nie robili. Ale ogólnie w domu było dobrze; gdyby nie to, że babcia czasami płakała, a mój anioł był smutny. 

Zima 1956 roku. Zabawa choinkowa w szkole. Było pięknie. Tańczyłam w stroju krakowskim. Były prezenty i było mnóstwo radości! Właśnie: było. Ta zima była zarazem pierwszą z czterdziestu innych, kolejno następujących zim, pełnych smutku, bólu, żalu i samotności, którymi wypełnione jest moje dotychczasowe życie.

Zabolała mnie głowa i gardło, a wieczorem z wysoką gorączką znalazłam się w łóżku. Dyfteryt z powikłaniami! – Paraliż, utrata mowy i świadomości! Czekano już tylko na moją śmierć, którą przewidywał lekarz i ksiądz, a z którą pogodzili się też rodzice. Mieli jeszcze dwóch zdrowych synów, ja byłam stracona...

Minęło kilka dni, a ja wciąż jeszcze żyłam. W jakimś momencie do mojej świadomości przebiły się czyjeś słowa: „Umrze, umrze, i tak umrze...” Chcieli mnie oddać do szpitala, ale babcia i dziadek nie pozwolili; bali się transportu i warunków szpitalnych. Na rzadkich chwilach świadomości rozsiadał się paraliżujący strach. Jakże się bałam! Miałam już dziesięć lat, ale nie byłam jeszcze u Pierwszej komunii!

A więc umrę! Umrę i nie pójdę do nieba! Nie zobaczę mojego anioła, tego prawdziwego! Teraz nie miałam nawet tego z obrazu – leżałam w pokoju babci, a tam był inny obraz. Nie mówiłam, nie mogłam przełykać nawet wody – paraliż objął przełyk – ale słyszałam! Wciąż słyszałam to jedno okrutne słowo: „umrze”... 

Stało się inaczej, przeżyłam, a po czterech miesiącach wróciłam nawet do szkoły. A wcześniej do mojego smutnego anioła.

Niedługo potem zachorował ojciec – guz głowy. Operacja, naświetlania. Teraz już wiedziałam, dlaczego babcia płakała i dlaczego anioł miał takie smutne oczy. Coś dziwnego zaczęło się dziać z naszą rodziną: wokół była złość, wrogość i brak zrozumienia. Wszystko się rozpadało. Patrzyłam na mojego anioła i coraz bardziej mu nie ufałam, nawet przestałam się modlić: nie obronił naszej rodziny! Nie znosiłam go. W wieku czternastu lat przestałam chodzić do kościoła. Nikt się tym nie zmartwił, oprócz babci. Ona wciąż się modliła; ja już nie umiałam.

W domu dawano mi odczuć, że jestem do niczego; od czasu choroby byłam słaba, i jakaś inna, wciąż źle przełykałam. Choroba pozostawiła ślad, a słowo „umrzesz” wciąż brzmiało mi w uszach i budziło lęk! Chciałam ukryć swoją inność, myślałam aby zostać pielęgniarką lub zakonnicą, ale jak tu pójść do zakonu – ja przecież się nie modlę! 

Wszystko potoczyło się inaczej. Zmarł dziadek!

To straszne przeżycie jakby na krótko uzdrowiło naszą rodzinę. Wtedy znów pomyślałam o Bogu. Zapytałam: dlaczego? Dziadek był taki dobry i miał zaledwie 68 lat; sąsiad, który długo już chorował, a do tego pił wódkę, miał już 80 lat, i wciąż żył! Oskarżałam Boga, że jest niesprawiedliwy i bez serca! Nie rozumiałam, jak mógł być tak okrutny dla nas, dla mojej rodziny, dla babci – a ona tak się modliła!

Czas płynął. Już pracowałam. Działałam też w ZMS-ie. Nikt w moim otoczeniu nie rozmawiał o Bogu, byłoby to nietaktem. Zresztą, pochłonięta pracą w organizacji nie miałam czasu dla „tych” spraw. Czasem tylko, gdy widziałam jak babcia codziennie wieczorem się modli przed swym ołtarzykiem, wracały słowa: „umrzesz” i przypominały mi się jej słowa, że Bóg trzyma mnie przy życiu po to, abym się poprawiła. Wtedy uświadamiałam sobie nagle, że jestem zła, nie modlę się, nie chodzę do kościoła; zamierzałam się poprawić... W którąś niedzielę poszłam wreszcie do kościoła, ale i tam nie umiałam się modlić. Pieśń „My chcemy Boga!”, wcześniej moja ulubiona, brzmiała jakoś dziwnie; nie wiedziałam jak ja mogę chcieć Boga.

Zapisałam się na religię dla młodzieży pracującej, jednak tu niewiele słyszałam o Bogu. Zamiast tego wciąż „szła” polityka; mówiono źle o rządzie, źle o PZPR – a ja przecież byłam w jej „przedsionku”...

Z religii zrezygnowałam. W nowej pracy poznałam miłą dziewczynę. Zaprzyjaźniłyśmy się. Była bardzo związana z Kościołem, nosiła poduszkę lub jej szarfy podczas procesji; wyciągała mnie na te procesje. Nawet się nie zorientowałam, jak zaczęłam żyć podwójnym życiem: w pracy i organizacji inaczej, bliżej ateizmu, a w niedzielę przez jedną godzinę bliżej Boga.

Tak dobrnęłam do moich dwudziestych urodzin. Wyszłam za mąż i urodziłam synka, nawet nie przypuszczając, że oto zaczęła się moja życiowa udręka i tragedia.

Tego nie da się opisać. Bilans na 36. urodziny był straszny. Prawie 4 lata (ogółem 28 pobytów szpitalu!) mam stracone (dziś jest ich więcej), wyrwane z życia! Dwie utracone ciąże i nieutulony żal po nienarodzonych! Koszmar zdrad, szykan, i psychicznego znęcania się nade mną – musiałam podawać kawę kochankom mego męża, wysłuchiwać ich obelg i kpin. Próbowali mnie zmusić do opuszczenia mieszkania, wiedząc, że nie mam gdzie pójść i nie mam pieniędzy by sobie coś wynająć! Odrzucona przez rodzinę i męża, załamana, nie chcąc tak żyć, chciałam umrzeć... Ale lęk przed śmiercią był jeszcze silniejszy; wciąż jeszcze słyszałam złowieszcze słowo: „umrzesz!”... 

A śmierć była wciąż tak blisko. Wtedy, gdy miałam 10 lat, następnie gdy pijany brat i rozbawiona moją sytuacją matka, siekierą pokazali mi na co ich stać – dali mi dobitnie do zrozumienia, że muszę odejść, bo mój pokój jest im potrzebny. Śmierć była też blisko, gdy mój mąż wycelował do mnie ze służbowego pistoletu – chora żona stała się zbyt dużym ciężarem. Była też blisko, gdy leżałam na „erce” pod aparatami i przyszedł ksiądz abym się wyspowiadała.

– „A z czego? co ja takiego zrobiłam Bogu i czy mam powiedzieć księdzu. że gdy po trzech miesiącach wróciłam ze szpitala, nie poznałam głosu mego synka? To chyba Bóg powinien się tu wyspowiadać!”

– Tak czułam, tak myślałam. Odmówiłam księdzu posługi, nie chciałam komunii. Dla mnie Boga nie było. Złamała się też moja ostatnia podpora: zmarła babcia, byłam zupełnie sama.

Ale żyłam. Stał się chyba cud. Wróciłam nawet do pracy po tylu latach choroby. I znowu zaczęłam myśleć trochę o Bogu. Pomyślałam, że chyba o mnie do końca nie zapomniał... A ja o Nim? Czy też?

Zbliżała się Wielkanoc – postanowiłam pójść do kościoła. Był, leżał w grobie; bóg z gipsu! Bóg z gipsu leżał martwy w kamiennym grobie, a ja wciąż ocierałam się o śmierć! Co może mi pomóc bóg z gipsu leżący w grobie?... Próba powrotu do Boga i kościoła, nie udała się. Uświadomiłam sobie: to bez sensu; postanowiłam: koniec z tym! 

Ale Bóg postanowił inaczej.

Znajomy Świadek Jehowy dał mi jakąś książkę, nie znałam jej. To była Biblia. Ów znajomy mówił trochę o Bogu Jehowie, ale nic z tego nie rozumiałam i nie zapamiętałam, oprócz tego, że nie wolno jadać krwi, bo to była ofiara. Próbowałam trochę czytać, ale też niewiele z tego rozumiałam. Tymczasem znów zaczęły się złe dni w moim życiu, odłożyłam więc Biblię, nie było dla niej czasu. Przyszedł najgorszy okres szaleństw mojego męża; nie miałam już sił, i nie widziałam wyjścia.

Któregoś dnia byłam w domu sama, syn w szkole. Sięgnęłam znów po Biblię, żeby trochę poczytać. Otworzyła mi się księga Ijoba. Byłam wstrząśnięta! Czytałam i całym jestestwem buntowałam się przeciw Bogu! To okrutne! To straszne! Bóg oddał Ijoba na pastwę szatanowi, a ten zabrał mu wszystko co posiadał, a samego dotknął potworną chorobą, zachowując go zarazem od śmierci! – Boże, co Ijobowi z takiego życia?!

– I nagle pojawiła się refleksja: Boże, przecież ja żyję prawie jak ten Ijob! Męczę się, a jednak żyję! Żyję – czy i mnie Bóg oddał szatanowi?! Dlaczego?! Po co?! I za co?!...

– Płakałam i pytałam Boga: dlaczego? Za co tyle bólu, tyle zdrad, tyle łez?!... Dlaczego słyszę tylko złe słowa, a w ciemności nieznanego czyha to straszne słowo „umrzesz!”?!...

Pytałam Boga, ale On nie odpowiadał. Jeszcze nie umiałam Go słuchać.

Ale to wtedy postanowiłam, że muszę poznać tę dziwną Księgę; choć wciąż niewiele z niej rozumiałam. Ale wciąż rozmyślałam o Bogu. Nie modliłam się tak jak dawniej, ale rozmawiałam z Bogiem, choć właściwie to mówiłam tylko ja. Coś się jednak zmieniło w moim stosunku do Niego. Już Go nie obwiniałam i nie oskarżałam jak dawniej; teraz skarżyłam się Mu na mój ciężki los.

Znów znalazłam się w szpitalu, kolejna operacja. Ale teraz wzięłam z sobą moją Biblię. Zaczynałam wierzyć, że Bóg będzie mię chronił i wspierał. Z nikim o tym nie rozmawiałam; nie było z kim. W tym czasie bardzo zbliżyłam się do Boga. Przemyślałam na nowo całe moje życie. Czytałam i zaczynałam rozumieć Biblię; zaczynałam wierzyć!

Gdy zbliżyłam się do Świadków Jehowy, byłam szczęśliwa; teraz miałam już z kim rozmawiać o Bogu! Poznawałam Go, chodziłam na „zebrania” (trochę mię dziwiło, że to są zebrania a nie nabożeństwa, ale to było mniej ważne!). Upajałam się tym, że poznaję Boga, pragnęłam bardzo chrztu, aby Mu się całkowicie oddać; gdy usłyszałam, że obrządek ten ma się odbyć za dwa tygodnie, bardzo chciałam zostać ochrzczona! 

A jednak tak się nie stało.

W czasie studium na temat Prawa Bożego i Dekalogu usłyszałam, że Dziesięcioro Przykazań zostało „przybite do pala tortur”, a tygodniowe święto – biblijnie Sabat – zostało zniesione...

Coś mi się tu nie zgadzało. Całą noc szukałam w Biblii, by się w końcu przekonać, że jest inaczej. Nie miałam wątpliwości, że w tej sprawie Świadkowie się mylili. Nasunęły mi się wątpliwości: Boże, a jeżeli oni mylą się i w innych naukach?! Co ja mam zrobić?! Co za pustka!!!

Moje pytania i ich odpowiedzi, rozmowy, dyskusje, modlitwy i usilne przekonywanie, że ja nie mam racji, nie zmieniły mojego stanowiska. Tym bardziej, że przy okazji znalazłam kilka innych błędnych nauk, jakich Świadkowie nauczają. 

Odeszłam.

Niedługo potem poznałam adwentystów i zaczęłam z nimi studiować Pismo Święte. Przemówiło do mnie wiele nauk, które głosili z Biblii, ale – nowy kłopot! Nie mogę zaakceptować „proroka”; wcale nie jestem przekonana, że Ellen G. White jest prorokiem ostatniego czasu, a jej książki są natchnione podobnie jak Biblia... Ale ja bardzo chcę być ochrzczona, czuję wewnętrznie, że gdy oddam swe życie Panu w akcie chrztu, wtedy On mnie dalej poprowadzi! Chcę też wreszcie mieć „swój” Kościół, chcę chodzić na nabożeństwa; tak długo, tyle lat byłam bez Boga i bez Kościoła!

Czas płynie, dwa lata studiów z adwentystami i nie widzę możliwości zaakceptowania nauki o „roku 1844” i „prorokini E.G. White”. Ktoś powiedział, że mam trudności ze zrozumieniem tych nauk, gdyż nie jestem ochrzczona; radzi mi abym przyjęła chrzest, a wtedy Duch Święty da mi zrozumienie. To silna sugestia, ale i wątpliwości są silne. Jestem w pułapce, ale przyjmuję chrzest, gdyż bardzo pragnę pojednania z Bogiem; wreszcie jestem w Przymierzu z Bogiem, należę do Kościoła – jestem szczęśliwa! – Czy na pewno szczęśliwa?

Wątpliwości co do E.G. White, zamiast się wyjaśnić, są coraz większe. Prorokini? Nie, to nieprawda! Tego nie ma w Biblii! Dano mi książkę jej autorstwa, pt. „Doświadczenia i Widzenia”, która miała rozwiać moje wątpliwości. – Boże, to właśnie utwierdziło mnie we wcześniejszym stanowisku! Byłam już teraz pewna, że nie ja się myliłam, lecz bracia. I Kościół, który głosi i utwierdza błędne i okrutne nauki swojej „prorokini”, jak np. ta, że Bóg w roku 1844 opuścił Swój Tron, a w Jego miejsce zasiadł tam szatan, który wysłuchiwał szczere modlitwy wierzących!... Albo ta, że grzechy wierzących, mimo śmierci Jezusa Chrystusa na Golgocie, wciąż trwają – bo Chrystus, zamiast je zgładzić, przeniósł je do nieba, i że ostatecznie zostaną one (grzechy zbawionych!) zgładzone przez szatana!!!

– Tego już za dużo! to bluźnierstwo! Odchodzę, to nie może być Kościół Boży, który założył nasz Pan! Nie pójdę już na nabożeństwo!...

Teraz bolały mnie nie tylko chore stawy – bolało serce! Płakałam: Panie, druga pomyłka; co się stało, gdzie popełniłam błąd?... Byłam załamana, a w domu wyśmiewana; kpił mąż, syn, oskarżali przyjaciele, a także bracia, mówiąc, że mężowi zamykam drogę poznania Boga (tak, jakby on jej kiedykolwiek szukał!). Wszyscy się odsunęli. Byłam sama. Sumienie nie pozwoliło mi też dłużej pracować w wydawnictwie Kościoła Adwentystów Dnia Siódmego – rozumiałam, że uczestnicząc (jako introligator) w wydawaniu książek „prorokini”, przyczyniam się do szerzenia błędu i pojenia ludzi trucizną niebiblijnych nauk. Odeszłam z pracy w Kościele. Byłam rozbita i chora duchowo, czułam jak słabnę.

Nowe kłopoty ze zdrowiem i z mężem, a także tragedia syna, załamały mnie zupełnie. Ponownie zaczęłam pytać Boga: dlaczego?! Na oślep szukałam rozwiązania i nowej społeczności. Znalazłam, tyle, że nie dał mi jej Bóg!

To było straszne doświadczenie, i cud, że nie straciłam całkowicie wiary. Cała historia trwała bardzo krótko ale nauczyła mnie dużo, a przede wszystkim tego, że nie wolno działać na oślep i wyprzedzać Boga. Nie dałam czasu Bogu i sobie, ale wierny Pan i tak wyprowadził mnie z tej pułapki szatana. Dziś wiem, że była to od początku do końca intryga szatana. Właściwie cała nauka tej nowej społeczności jest skoncentrowana wokół niego, choć główną myślą tej grupy jest nauczanie, że szatana w ogóle nie ma, że „szatan” to tylko personifikacja zła. W ten sposób doszli oni do wniosku, że całe zło (podobnie jak dobro) jest w Bogu, że Bóg będąc Bogiem, jest równocześnie... szatanem! Straszne! Trzecia społeczność, którą poznałam, i trzeci zawód. Nie, tej nauki nie zaakceptuję!

Wyłoniła się kolejna kwestia: ich stosunek do Bożego Prawa. Adwentyści uczyli mnie, że są jedynym Kościołem zachowującym biblijną wersję Dekalogu i święcącym Sabat. Tutaj usłyszałam, że w tej kwestii istnieje pełna swoboda; kto chce może święcić, a kto nie chce – nie musi, każdy niech postępuje według sumienia, itd. Zapytałam więc, jak rozumieć naukę Bożą o Kościele jako Jedności Ciała, w Jedności Ducha (1 Kor r. 12)? – Odpowiedzi nie było, zresztą do dziś jej nie ma... 

Znów zostałam sama, raz jeszcze pytając z rozpaczą: Panie, co ja teraz zrobię? Jestem w przymierzu z Tobą, wiem, że mnie nie opuścisz, ale, Panie, jestem sama, bez społeczności, bez duchowego wsparcia. Jak długo tak będzie?... Wola Twoja, Panie, mam Ciebie i Biblię, a więc nie jestem opuszczona. Czytam Twoje Słowo, zachowuję zasady, które z niej poznałam, modlę się!

Opisałam mój problem znajomemu w Kaliszu: „Absolutnie nie będę już szukać żadnego Kościoła! Zresztą nie ma takiego, który zachowuje wszystkie Przykazania; każdy coś odrzuca i wybiera to, co jest dla niego wygodne. Ja poznałam Boże zasady i już z nich nie zrezygnuję...” Wysłałam ten list, nie oczekując odpowiedzi. Ale przyszła.

– „Jest taki Kościół, wyznaje takie same zasady wiary, proszę niech pani napisze do nich...”

Nie ukrywam, że bardzo się bałam. Ostatecznie zdecydowałam, że napiszę, obiecując sobie, że będę bardzo ostrożna: „Nie mogę już sobie pozwolić na kolejne rozczarowanie, za dużo mnie to kosztuje, za bardzo boli! Panie, Ty mnie prowadź, broń, opiekuj się mną, nie pozwól mi się zgubić. Właściwie to przez całe życie jestem samotna, obca dla męża i syna; kiedyś odrzucali mnie rodzice, a teraz oni. Nie akceptują moich duchowych potrzeb, a nawet się wyśmiewają, kpią, szydzą... Ale nie szkodzi; dzisiaj mam Ciebie...”

Wysłałam list i otrzymałam odpowiedź! Faktycznie jest taki Kościół, są ludzie, którzy wierzą tak, jak ja! A dziś wiem, że z tą społecznością jest Pan, i to On w końcu przyprowadził mnie do ludzi, którzy w pełni są mymi braćmi i siostrami! Dzisiaj jest to już moja społeczność, mój Kościół! 

Gdy dziś patrzę na moje życie, widzę moje błędy i rozumiem doświadczenia. I dziękuję Ci Boże, żeś przez całe moje życie był obok mnie! Trudną drogę wybrałeś dla mnie Panie, ale też miałeś dla mnie wiele cierpliwości. Opatrywałeś moje rany, koiłeś ból, a gdy płakałam, ocierałeś moje łzy. Gdy ja się nie modliłam, Tyś mnie przyjmował dzięki prośbom Twego Syna, który w Getsemane, modląc się za wszystkich, modlił się także za mnie. To była droga trudna i ciężka, ale jest już poza mną... Jak będzie wyglądał jej dalszy, ostatni etap? Czy będzie łatwo i lekko? Nie, Ty tego nie obiecywałeś Swoim naśladowcom. Ale niezależnie od tego, co mnie spotka, wiem, że będziesz ze mną zawsze, aż do końca w moim boju wiary!

Wiem też, Boże, że gdy się dopełni czas, poślesz Swego Syna, aby nas zabrał z tego świata! Wierzę w to mocno, jestem pewna spełnienia się tej obietnicy, dziękuję Ci za tę nadzieję i cieszę się na ten wspaniały Dzień! Dziś żyję nadzieją na życie wieczne i choć obecne moje życie nadal mnie nie głaszcze, a moje ciało boli mnie i boli, prawie we wszystkich miejscach, wiem, że Ty o tym wiesz – i jest mi lżej. Ale wciąż jeszcze, w trudnych momentach, nie umiem nie stawiać tego trudnego pytania: dlaczego? Nie rozumiem, Panie, wiele z Twego działania, ale chcę Ci ufać, i bardzo się o to staram.

I jeszcze coś. Stało się coś bardzo ważnego: słowo „umrzesz!” straciło swą grozę. Ja nie umrę, ja  zasnę, a Ty mnie obudzisz. Bo Ty żyjesz, Panie, i ja będę żyła!

Mam do Ciebie tylko prośbę, moich próśb jest wiele, ale ta jest najważniejsza: nie pozwól mi zejść z drogi, z tej wąskiej drogi do Ciebie! Z drogi, na której mnie postawiłeś i wspierasz Swą łaską, prowadzisz za rękę, a gdy trzeba, podnosisz i leczysz skaleczenia.

W jesieni życia spotkałam Cię Panie. W okresie życia, gdy większość ludzi mówi: „Przeżyłem już wszystko dobre, już mnie nic nie czeka”, Ty dałeś mi coś wspaniałego – szansę na wieczność, nadzieję i przyszłość! Przywróciłeś mi dzieciństwo, nazywając mnie Twoim dzieckiem, i nawet dom dla mnie przygotowałeś; Dom w Niebie! Przebaczyłeś, zgładziłeś i zapomniałeś wszystkie moje grzechy i nie wspomnisz ich już nigdy! To trudna sztuka, to potrafisz tylko Ty. I dlatego bardzo Cię proszę, naucz mnie tego, naucz bym zapomniała; wybaczyć już potrafię, ale gorzej mi zapomnieć, a tak bardzo bym chciała zapomnieć tamten zły czas. Zapomnieć też smutne oczy namalowanego anioła. – A może nie, może właśnie powinnam to wszystko pamiętać, po to, drogi Ojcze i Panie mój, żeby moja miłość i wdzięczność za Twą łaskę była większa, wciąż większa i większa? Większe też i pełniejsze poznanie Ciebie, i wciąż większe bezgraniczne zaufanie do Twoich decyzji i Twojej woli?! 

Dziś już wiem, że nikt do Ciebie, Panie, nie szedł po miękkim dywanie ani po płatkach róż, wiem, że każdy kto Cię szuka i Tobie służy, przechodzi przez doświadczenia i z mozołem niesie swój krzyż. Mamy też inny Twój wielki dar: Rodzinę Duchową, w której uczyniłeś nas braćmi i siostrami.

Wiem, że za to wszystko nie potrafimy Ci okazać dość wdzięczności i uwielbienia. Wiem też, że można to zrobić tylko w jeden jedyny sposób – oddając Ci się z ufnością na dziś, na jutro, na wieczność. Bo przecież nawet miłość, którą możemy Ci ofiarować, jest Twoim darem! Czyż jest coś, co mogłabym Ci dać, czego bym wcześniej od Ciebie nie otrzymała?

Nie podpiszę się tu swoim nazwiskiem i imieniem. Nie ono jest ważne. Ty, Panie, je znasz, i wiesz, jaka i skąd przyszłam do Ciebie. Dziś każdemu człowiekowi chciałabym powiedzieć to, co jest przedmiotem mojej chluby i radości, to jest, że „zbawienie jest u Boga naszego, który siedzi na tronie, i u Baranka” (Obj 7,10)!

D. J.