Znalazłam prawdziwą wolność!


Urodziłam się i wychowałam w rodzinie katolickiej. Moi rodzice to najwspanialsi ludzie, jakich mógł mi ofiarować Bóg! Czułam się kochana i potrzebna. Potrafili przyjść mi z pomocą, i zawsze byli przy mnie, kiedy tego potrzebowałam.

Jako rodzina jesteśmy ze sobą bardzo związani uczuciowo. Zawsze wszystko robiliśmy razem – wspólne wyjazdy, spacery, Szaleństwa na śniegu... i święta – spędzane w gronie rodzinnym. Rodzice pragnęli, abyśmy, zarówno ja, jak i rodzeństwo, zdobywali wykształcenie.

Wszystko, o czym myśleli i decydowali, ocierało się o nas – dzieci. To my byliśmy (i nadal jesteśmy!) punktem  centralnym w ich życiu. To właśnie najmilej wspominam, gdyż w takich chwilach szczególnie objawiała się ich miłość do nas.

Odkąd pamiętam, w naszym domu mówiło się o Bogu. Wiara była ważnym elementem w życiu naszej rodziny.

Uczono mnie pacierza, mówiono, co się podoba, a co nie podoba Bogu. Jako dziecko nie bardzo rozumiałam. Pojmowałam Boga jako Sprawiedliwego, poczciwego Staruszka, a jeszcze bardziej Sędziego. W sumie jednak już wtedy miałam wpojony ogólny schemat dobra i zła. Wiedziałam, których rzeczy nie należy robić, a kiedy zrobiłam coś złego, miałam wyrzuty sumienia. W wieku 9. lat rodzice zapisali mnie na „Oazę”. Zaczęły się wyjazdy na rekolekcje – również rodzinne. Dla mnie była to raczej forma spędzania wakacji, aniżeli przeżyć duchowych. Ale po pewnym czasie przestało mnie to interesować, i w końcu zrezygnowałam z „Oaz” i z wyjazdów. Przyszło zobojętnienie religijne. Bóg – może i był, ale jakoś tak obok, nigdy przy mnie. Zaczęłam żyć własnym życiem.

Chciałam spróbować wszystkiego, co było „przeznaczone dla człowieka”, choć wiedziałam, że większość mych doświadczeń była zła. Tak jak przeciętny młody człowiek byłam ciekawa życia. A świat kusił i ciągnął... imprezy, alkohol, tabletki odurzające, przystojni panowie.

Wszystko to mnie fascynowało. A jednak gdzieś wewnątrz, chwilami czułam, że robię coś nie tak, i wtedy naprawdę się bałam.

Strach paraliżował mnie szczególnie wtedy, gdy myślałam o śmierci. Panicznie się jej bałam. Często w nocy budziłam się i nie mogłam zasnąć. Te myśli mnie pożerały, płakałam, bo nie wiedziałam, co mam robić, by zachować życie. To są moje najbardziej tragiczne wspomnienia. Jednak wszystko, co dotyczyło Boga, odkładałam na później – „kiedy będę starsza, i będę mieć więcej czasu”. A na razie miałam wspaniałe plany: studia, życie w dużym mieście, i wspaniałe perspektywy...

Bóg jednak chciał inaczej. Teraz to wiem. Nie dostałam się na uczelnię i musiałam zostać w rodzinnym mieście, w szkole, której poziom nie dorastał do moich ambicji.

Tutaj poznałam koleżankę. Znałyśmy się wcześniej, teraz miałyśmy okazję poznać się lepiej. I rzeczywiście. To od niej zaczęłam się dowiadywać o Bogu, o Jezusie.

Początkowo wydawało się, że rozmowy służą tylko zabiciu czasu na przerwach. Ale nagle odkryłam, że zmieniam się wewnętrznie, że coraz poważniej zastanawiam się nad sensem życia i przyszłością.

Wywiązała się wewnętrzna walka; ciężko mi było zostawić ten świat, gdzie tyle jeszcze mogłam przeżyć. Z jednej strony „wspaniałe” horyzonty – bogate w emocje życie, imprezy... Z drugiej – kochający Bóg i zarazem Ojciec, który czeka na mnie z otwartymi ramionami.

Dopiero teraz tak naprawdę dowiedziałam się, czym jest zbawienie, i że Bogu bardzo zależy na tym, aby nas obdarzyć życiem wiecznym. Odkrycie tego było czymś wspaniałym, bo oznaczało wolność. Taką prawdziwą, bez ograniczeń. Nawet nie zauważyłam, kiedy po raz pierwszy dałam się „skusić” na spotkanie z Chrześcijanami. Dla mnie to był szok: jak ci ludzie śpiewają i modlą się! To było zbyt mocne! Chciałam stamtąd wyjść i nigdy nie wrócić. Chyba tylko sam Bóg zaprowadził mnie tam następnym razem – bo ja już nie pamiętam jak się tam znalazłam po raz drugi, trzeci, i każdy kolejny.

Wewnętrznie staczałam bój, bo nie wiedziałam – co robić? Jak się modlić? A kiedy już zaczęłam, to wydawało mi się, że Bóg nie wysłuchuje moich modlitw. Potem pojawiły się inne pytania: czy to wszystko jest prawdą? Czy Biblia jest Słowem Bożym?... i najgorsze: co powiedzą rodzice?!

Zaczęłam bliżej przyglądać się życiu tych ludzi. Pojechałam na obóz zimowy. Ale jedyne, czego chciałam, to wrócić do domu!

Ale właśnie po powrocie wszystko się nagle ułożyło. Teraz dopiero poznałam, że On rzeczywiście istnieje, że oferuje mi wiele wspaniałych rzeczy, że z Nim wszystko jest prostsze, łatwiejsze. Pojechałam do Bydgoszczy, i tutaj tak naprawdę oddałam się w Jego ręce.

Cały czas myślałam o rodzicach. Nie chciałam ich oszukiwać, ale również bałam się im powiedzieć. Awantura jednak wybuchła. Zaraz po tym – rozmowy z księżmi i specjalnie wybranym teologiem. W pewnym momencie nie miałam już siły. Byłam zupełnie wykończona psychicznie. Sama nie wiedziałam, kto mówi prawdę – Kościół katolicki, czy Biblia?

Zrobiłam tak, jak radził Jezus: wszystkie sprawy w szczerej głębokiej modlitwie powierzyłam Bogu. Prosiłam, by dał mi odpowiedź, co jest słuszne, i jak mam postępować? – W domu na chwilę ucichło. Ale następnym razem tata pokazał mi drzwi. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy i wyszłam.

Ciężko mi było przyjąć to doświadczenie, choć miałam świadomość, że jest to próba mojej wiary i wierności Bogu. Wewnętrznie czułam, że jednak wrócę do domu.

Byliśmy do siebie bardzo przywiązani, a dlatego był to, jak dotąd, najcięższy okres w moim życiu. Wiele słyszałam o młodych ludziach, których rodzice nie zaakceptowali, zmuszonych mieszkać oddzielnie i żyć własnym życiem. Teraz spotkało to i mnie.

Ale ja tak nie potrafiłam. I chyba rodzice też nie, bo za dwa dni wróciłam do domu. Tym razem na zupełnie innych warunkach – ale staram się tego nie nadużywać.

„Dotąd nie przyszło na was pokuszenie, które by przekraczało siły ludzkie, lecz Bóg jest wierny i nie dopuści, abyście byli kuszeni ponad siły wasze, ale z pokuszenia da wyjście, abyście je mogli znieść.” (1 Kor 10,13). I tak też było. Właśnie wtedy, po raz pierwszy pomyślałam o tym, aby się ochrzcić i tak naprawdę pojednać z Bogiem. Póki co, starałam się jak najlepiej poznać i zrozumieć Słowo Boże.

Kilka tygodni później lekarz stwierdził, że mam torbiel, jak na mój wiek dość duży. Dokładne badania wykazały, że jedyną drogą jest operacja. Nie chciałam trafić na stół operacyjny, i wewnętrznie czułam, że się tam nie znajdę. Uchwyciłam się Bożej obietnicy: „Jeżeli pilnie słuchać będziesz głosu Pana, Boga swego i czynić będziesz to, co prawe w oczach Jego, i jeżeli będziesz zważał na Jego przykazania, i strzec będziesz wszystkich przepisów Jego, to żadną choroba nie dotknę ciebie, bom Ja, Pan, twój lekarz.” (2 Mjż 15,26)!

Bóg dotrzymał słowa. Ponowne badanie wykazało, że... torbieli praktycznie nie ma! Pozostała tylko maleńka jego cząstka. Ta resztka – to chyba moja niecałkowita wiara w to, co mówił Bóg.

Dopiero teraz poznałam, jak bardzo Bóg jest realny w moim życiu, że naprawdę jest tuż obok mnie! Mam tak wiele wspaniałych obietnic i błogosławieństw od Niego. Wielki, wszechpotężny Stwórca, który pozwala się nazywać Ojcem, do którego możemy przyjść z naszymi radościami i smutkami.

Jestem wdzięczna Bogu za to, że dał mi Siebie poznać, że dzięki Niemu mogłam zmienić swoje dotychczasowe, beznadziejne życie. Że wprowadził w nim tak wiele zmian. Że mogłam zawrzeć z Nim przymierze przez chrzest, i że teraz idziemy już razem. I za to, że dzięki Chrystusowi, którego nam dał – mam pewność życia wiecznego!

Iza O.