Zaufałam Bogu i wiem, że się nie zawiodę!


Dotąd nie przyszło na was pokuszenie, które by przekraczało siły ludzkie; lecz Bóg jest wierny i nie dopuści, abyście byli kuszeni ponad siły wasze, ale z pokuszeniem da i wyjście, abyście je mogli znieść” (Pierwszy List do Koryntian 10,13).

Miałam 15 lat, kiedy Bóg zapukał do mojego serca. To było w nocy z 9. na 10. września 1994 roku. Właśnie wtedy, słuchając nagrania pieśni na Jego chwałę, zrozumiałam, jaka wielka pustka była we mnie. Zapragnęłam żyć z Jezusem Chrystusem i przyjęłam Go jako mojego Pana i Zbawiciela.

Definitywnie odstawiłam papierosy, które zdarzało mi się popalać, i przestałam chodzić na dyskoteki. Zamiast tego sięgnęłam po Biblię.

Od tej chwili moje życie nabrało sensu i wartości, i nareszcie wiedziałam, po co zostało mi dane! Przez pierwszych kilka miesięcy wszystko było jak w najpiękniejszym śnie. Uśmiech nie schodził mi z twarzy i byłam stale spragniona Boga. Wówczas poznałam kilkoro dzieci Bożych, z którymi zaczęłam się spotykać.

Było wspaniale.

Ale nie miałam jeszcze tyle odwagi, by powiedzieć o moim przyjęciu Jezusa rodzinie. Bałam się reakcji Rodziców. Udawałam więc, że chodzę do kościoła, choć już wiedziałam, jak bardzo Kościół katolicki zniekształcił naukę Jezusa Chrystusa i odszedł od Bożych przykazań. Lecz ta moja słabość i nieszczerość były teraz moim największym problemem. W końcu nie mogłam już znieść tego, że kłamię.

Powiedziałam o wszystkim moim Rodzicom, a oni w odpowiedzi zabronili mi spotykać się z moimi przyjaciółmi, i nakazali chodzić do kościoła. Nie potrafiłam się im przeciwstawić, choć wiedziałam, że nie podoba się to Panu. Pewnej soboty nie wytrzymałam, i mimo zakazu poszłam na nabożeństwo w Zborze.

W domu wybuchła awantura i od tamtej pory życie w nim zaczęło przypominać koszmar.

Przy każdej rozmowie z Rodzicami (szczególnie z tatą), paraliżował mnie strach. Gdy wychodziłam do szkoły, miałam ochotę nigdy nie wrócić. Rodzice nie rozumieli mnie i chyba wcale nie chcieli zrozumieć. Nigdy nie udało mi się spokojnie porozmawiać z tatą, powiedzieć, co czuję, co myślę, wytłumaczyć się ze swego postępowania.

Kiedy postanowiłam dać się ochrzcić, Rodzice wpadli w panikę. Opierając się na plotkach, przyczepili Kościołowi Chrześcijan Dnia Sobotniego etykietkę „sekty”. Napisałam do nich długi list, w którym wyjaśniłam powody mojej decyzji, i bardzo wczesnym rankiem wyjechałam autobusem do Wiela, gdzie miał się odbyć chrzest licznej grupy osób.

Dotarłam na miejsce będąc jednym wielkim kłębkiem nerwów, bo nie wiedziałam, co się jeszcze stanie – jak zareagują Rodzice. Na odpowiedź nie musiałam długo czekać. Po kilku godzinach przyjechali moi Rodzice. Nic nie dały rozmowy ani moje prośby. Tato siłą zaciągnął mnie do samochodu i zawiózł do domu.

Wtedy po raz pierwszy mnie pobił. Zostałam obarczona winą za wszelkie nieszczęścia rodzinne. Chwilami nie wiedziałam już, po co ciągle trwam przy swoim zdaniu. Nie potrafiłam nawet płakać. Resztkami sił modliłam się, nie rozumiejąc, dlaczego tak się dzieje. W głębi duszy ciągle jeszcze miałam nadzieję, że wszystko dobrze się ułoży, ale Rodzice nie dawali za wygraną.

Przenieśli mnie do innej szkoły, bo do poprzedniej chodzili moi przyjaciele ze Zboru. Zaprowadzili mnie nawet do psychiatry. Nie miałam możliwości przychodzenia na nabożeństwa, bo każdy mój krok był śledzony. Jednak moi Bracia i Siostry w Chrystusie nie zawiedli. Przychodzili do szkoły, pocieszali mnie i pomagali mi, jak tylko mogli, chociaż sama traciłam już wiarę i nadzieję na odmianę tej koszmarnej sytuacji.

Gdy Tato dowiedział się, że nadal mam kontakt ze Zborem, urządził taką awanturę, jakiej jeszcze nie było.

Powiedział, że mam wybierać: albo rodzina i jej religia, albo ulica!

Gdy mój przyjaciel zapukał do naszych drzwi, by porozmawiać z Tatą, to nie dość, że został pobity, to jeszcze Tato zaryglował drzwi, tak, że nie potrafiłam ich otworzyć. Zabrał mi klucze do domu, buty i kurtkę (był listopad). Wpadł w taką złość, że w przerażeniu, by nie zostać ciężko pobitą, musiałam wyskoczyć przez okno.

Przez trzy dni mieszkałam poza domem, kontaktując się tylko telefonicznie z Mamą. Po tym czasie zabrała mnie policja. Kolejne dwie doby spędziłam w koszmarnej izbie dziecka. Nic nie dały moje tłumaczenia powodów opuszczenia domu; że właściwie nie uciekłam, lecz zostałam wyrzucona (wszak Tato powiedział, że mam wybierać między domem a ulicą, co było równoznaczne z tym, że albo się podporządkuję jego woli, albo mogę iść i nigdy nie wracać!).

Ale według policji to ja byłam wszystkiemu winna, a nie moi rodzice, którzy „są ludźmi wykształconymi”.

Stamtąd zabrała mnie Mama. Pod jej namową zgodziłam się wyjechać na jakiś czas do Holandii do naszych znajomych, by wszystko nieco przycichło.

Do Polski wróciłam po dwóch miesiącach samotności, ale i spokoju. Jednak moje pragnienie życia z Bogiem nie zgasło. Po raz drugi zaczęłam się przygotowywać do chrztu.

Jedenastego maja 1996 roku narodziłam się na nowo „z wody i z Ducha”.

To był najpiękniejszy dzień w moim życiu! Nigdy go nie zapomnę! Szkoda tylko, że nie mogłam zaprosić na tę uroczystość moich Rodziców – byłoby to równoznaczne z nie odbyciem się chrztu. Ale wreszcie, po prawie dwóch latach, zostałam prawdziwym dzieckiem Bożym, na zawsze! Teraz już się nie bałam ani awantur, ani gniewu Rodziców.

Powiedziałam im, że przyjęłam chrzest. Nawet wtedy nie obyło się bez krzyku Taty i jego gróźb. Ale to mnie już nie przerażało.

Z czasem wszystko ucichło. Moje stosunki z rodziną są teraz o wiele lepsze. Potrafimy już ze sobą normalnie rozmawiać, przebywać. Nie żywię urazy do moich Rodziców o to, co się wydarzyło. Zarówno ja, jak i oni popełniliśmy dużo błędów, których już nie da się naprawić. Jestem im wdzięczna za to, że mnie wychowali, i że mnie kochają, choć nie zawsze potrafią mi to okazać. Nie żałuję tych doświadczeń, bo dzięki nim umocniłam się w wierze i wiele się nauczyłam.

Żyję nadzieją na życie wieczne, i to jest moją radością i pociechą w trudnych chwilach, i pobudką do głoszenia Ewangelii. Nie wątpię, że czeka mnie jeszcze długa i ciężka droga, ale zaufałam Bogu i Jemu powierzyłam moje życie wiedząc, że On pokieruje nim najlepiej. Wiem, że się nie zawiodę!

Olga.

P.S. Dziękuję wszystkim, którzy w najtrudniejszych chwilach pamiętali o mnie w modlitwie!