Znaki zapytania


Ojcze nasz...”

– proszę, powiedz mi, jak się czujesz jako Ojciec, mając takie dzieci jak ja? Krnąbrne, niesforne i niepoprawne. Przymilne i ulegle, by za chwilę stanąć okoniem, zatupać nogami i histerycznie domagać się spełnienia kolejnej zachcianki? Obiecuję, że gdy ją otrzymam, będę lepszy, wierniejszy...

Moją prośbę spełniłeś, a ja... zapomniałem, co obiecałem... 

„... który jesteś w niebie...”

– to tak daleko, więc nie zobaczysz i nie usłyszysz tej fałszywej nuty, która w drżenie wprawia mój głos, nie tyle z obawy przed Tobą, Twoim gniewem, ile z lęku, że się wyda jakim jestem – i już nigdy mi nie zaufasz, nie dasz szansy... A tak to żyję, złudną karmiąc się pociechą, że któryś tam raz udało mi się uniknąć Twojej reprymendy. Udało się...? 

„... święć się Imię Twoje!”

– Sławię Cię w każdej, także w tej modlitwie. Mało tego, wypraszam iluś tam pośredników, by raczyli wstawić się za mną do Ciebie. Przedstawiam Ci, jaki jestem dobry: uczęszczam na nabożeństwo, śpiewam, modlę się, daję jałmużnę. ...Chwaląc się zapominam, że oddaję to, co nie należy do mnie; udzielam jałmużny tylko wtedy, gdy mi zbywa lub miałbym to wyrzucić... Tak brnę w swoim krętactwie... 

„Przyjdź Królestwo Twoje!”

– wołam, zapraszając Cię do swego zagraconego i zaśmieconego życia. Czy jestem gotowy na Twoje przyjście? Ależ skąd, tak sobie mówię, bo... tak trzeba. I inni tak mówią... Powiedz Sam, co ja bym robił w Twoim Królestwie?! – Ładnie złożone rączki i ustawiczna modlitwa? – Czy wyobrażasz sobie mnie w takiej roli? Wiem, śmiejesz się, bo wiesz, że teraz nie jest to realne. Ale może za jakiś czas...? Ty wiesz, gdzie mnie nogi poniosą i jak się będę zachowywał, gdy przybędzie lat. Czy dalej będę taki skłonny podcinać gałąź, na której siedzę; a drzewo rośnie, wysokość i siła upadku też! Więc czasem mówię pokornie:

„Bądź wola Twoja, jak w niebie, tak i na ziemi.”

– Postępując po swojemu, mówię, że zdaję się na Twoją wolę. Czyż to nie kpina?! Ale taki właśnie jestem... Nie jest to rezygnacja z siebie i swojej samowoli, lecz wyrachowanie podsycane przez mądrych tego świata: „Nic w niebie, wszystko na ziemi”! – Takie i podobne slogany kołaczą w moim umyśle, oddalając mnie od tego, co istotne. –,,Kościół nie ucieknie... zrobię to innym razem... teraz muszę dbać o życiowe potrzeby...” Więc znów uciekam się do słów modlitwy: 

„Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj.”

– Aby na dziś, jutro jakoś tam będzie, byle przeżyć teraz, czas przyszły ginie w oddali...

– Jestem przekonany, że będę miał ten chleb powszedni; tyle razy w historii karmiłeś w cudowny sposób nawet tych, którzy Cię przeklinali... Muszę się przyznać: ja też tak postępowałem, głównie wtedy, gdy uświadamiałem sobie, jak bardzo jestem od Ciebie zależny; że bez Ciebie nie mogę nic, z Tobą – wszystko! 

„I odpuść nam nasze winy, jak i my odpuszczamy naszym winowajcom.”

– Nie jestem taki skłonny do przebaczania temu, kto mi zalazł za pazury; kto sprzątnął mi sprzed nosa coś, co ja mogłem dostać!

– Wiem, że ile razy wypowiadam te słowa, ośmieszam się. Proszę, byś Ty mi przebaczył, i zaraz dodaję, abyś mi nie przebaczył – bo ja nie przebaczam! ...

– Wyzbyć się skrupułów – oto, co mi kiedyś przyświecało. Ale odmawianie tej modlitwy nie pozwalało mi zapomnieć o tym ważnym elemencie współżycia z ludźmi. I z Tobą.

– Zawiłe ścieżki życia duchowego okazały się za trudne do przebycia... Co chwila potykałem się na nich; zbyt mało miałem światła wiary, zresztą i teraz nie mam go zbyt wiele... Jakże inaczej wyglądało stąpanie po bezdrożach grzechu; żadne obawy nie krępowały ruchów! Szedłem, gdzie chciałem, kiedy chciałem, i jak chciałem. Swoich „praw” dochodziłem dbając o siebie. A że czyimś kosztem? – To mnie nie obchodziło. Niech się każdy martwi o siebie, a na świecie będzie lepiej! Gdy takie myśli kłębią się pod czaszką, człowiek ani myśli komukolwiek przebaczać. Filozofia Kalego pozwalała mi beztrosko pomijać sens wypowiadanych słów i nie martwić się konsekwencjami ich lekceważenia. 

„I nie wódź nas na pokuszenie...”

– Mechanicznie recytowałem ten werset, bez żadnego zastanowienia, o co naprawdę proszę. Ot, tak po prostu mówiłem „komuś tam”, aby mnie ustrzegł przed „czymś”. Ale przed czym? Nie miałem pojęcia. – Przecież nie przed przyjemnościami i uciechami tego świata. Niby ja miałbym prosić o ustrzeżenie mnie przed czymś „miłym”, „dobrym” i tak mi „potrzebnym”?...

– Teraz kładę to na karb młodości; to takie moje wytłumaczenie. Na obecnym poziomie wiary wiem, że nic mi to nie pomoże. Ale właśnie dlatego tak wielką wagę przykładam dziś do swoich pragnień i słów, w których wyrażam moje pragnienia. 

„...ale nas zbaw ode złego!”

– Przed złem, które wyrządziłem, nic mnie nie uchroni.

– Jedyne, co mogę, to usłuchać słów Chrystusa, który powiedział: „Idź, i więcej nie grzesz”. A co dla mnie znaczą dziś te słowa? – „To, co się stało, już się stało. Nie odwrócisz tego, ani nie naprawisz. Ale pamiętaj, abyś od tej pory już tego więcej nie robił.” 

„Albowiem Twoje jest Królestwo i moc, i chwała na wieki wieków Amen!”

Poddaną analizie Modlitwę Pańską w odniesieniu do mojego życia, traktuję bardzo poważnie.

O ile kiedyś, w przeszłości, miałem jakieś skrupuły, to rodziły się one w chwili, gdy wyrywkowo przypominałem sobie jakiś werset. Byłem skonsternowany, niepewny, co zrobić... a może nie zrobić? – Ale po chwili pękało to jak bańka, wątpliwości i zahamowania znikały, i rzucałem się w wir życia...

Kiedy znalazłem się w więzieniu, zaczęty do mnie powracać tamte scenki i fakty, a co więcej, spojrzałem na nie innymi oczami. Najpierw nie bardzo umiałem zdać sobie sprawę z odmienności spojrzenia i oceny. Dość długo dochodziłem do rozwikłania tej sprawy, mając do pomocy jedynie Pismo Święte. I nagle zrozumiałem: nie można traktować pojedynczych elementów, jako całości! Zauważyłem, że zlekceważenie jednego szczegółu i odstąpienie od niego, zmienia spojrzenie na całość. Zrozumiałem, iż nie mogę twierdzić, że żyję zgodnie z Prawem, jeśli notorycznie popełniam drobne wykroczenia. Prawo, to cały Kodeks, a przestąpienie jednego paragrafu wyklucza mnie z grona ludzi prawych. Podobnie, uchybienie jednemu wersowi Modlitwy, czyni ją dla mnie bezużyteczną.

– Jakże mogłem domagać się od Ojca mego miłości, kiedy sam Go nie kochałem?!

Przez pierwsze dni i lata pobytu w więzieniu, analizowałem moje życie za murami, nie zwracając większej uwagi na drobne zdarzenia, jakie zachodziły w biegu dni; jakbym zapomniał, że to one tworzą całość. Kiedy to zrozumiałem, codziennie wieczorem zacząłem zdawać Bogu relację z mijającego dnia; wcześniej, przez parę tygodni opowiadałem Mu całe moje życie. Teraz, gdy nie mam już zaległości, każdy dzień analizuję w zwierciadle Dekalogu i Modlitwy Pańskiej.

Moje życie płynie spokojnie, nie mam większych kłopotów, i tylko przeszłość ciąży mi nad siły. Trudno mi uwierzyć, że Ojciec mi przebaczył, skoro ja sam jeszcze sobie do końca nie przebaczyłem...

Marek K.