Zagubiony wędrowiec


Prawdziwą sprawiedliwością jest przeżyć to, co się uczyniło innym. (Arystoteles)

Natrętny, bardzo roztargniony, ale jeszcze bardziej niepoprawny grzesznik ze mnie. Cóż z tego, że dzień w dzień, kiedy zbliża się ciemna noc, przychodzę do Ciebie?

– To nie lęk przed ciemnością popycha mnie w Twe opiekuńcze ramiona;

– To strach przed tym, czego nie zrobiłem, a powinienem w ciągu minionego dnia;

– Obawa, która czyni mnie drętwym z powodu uczynków, które powinienem dokonać jako chrześcijanin, a nie dokonałem.

Gdy zamykam oczy, jestem tylko ja, nie liczę się z tym, że takich masz na głowie tysiące. A ja przychodzę, bo nie chcę zrozumieć, że Ty płaczesz nad moim upadkiem.

Owładnięty egoizmem proszę: nie odpychaj mnie! Obietnice składam... przedkładam Ci tyle planów naprawy... Zapominam tylko o jednym, że w wieczornej ciszy Ty słyszysz to, czego usta me nie szepczą, a ciało mówi głośno... Dziwne to, iż nie słyszę mowy zmysłów, zadufany, że duch rządzi ciałem, usypiam spokojnie, ufny Twej Dobroci!

Ale skoro świt wstaje, wszystkie moje dary-obietnice na inne ołtarze niosę, lub porzucam w drodze do zmierzchu, gdyż ciężar ich staje się nazbyt wielki, uwiera, męczy. Ręce słabe, nienawykłe do dźwigania ani dawania dobra. Mocne jedynie do brania tego, co oddala mnie od Ciebie. Jeszcze mocniejsze do noszenia ciężaru grzechów, które jako dary składam z lubością na ołtarzach wyimaginowanych bożków.

– A Ty jesteś tak dobry, i mnie, wiarołomcę, znów wysłuchasz wieczorem, nie uśmiechniesz się lekceważąco, żem słaby i lekkomyślny.

Znów dasz mi szansę.

– Którą to już z rzędu? Nikt nie zliczy. Ty jednak wiesz i nie odrzucasz mnie. Wręcz przeciwnie, pomagasz mi odnaleźć to, co zgubiłem tak dawno. Nawet nie wiem jak to się nazywa, lecz wiem, że jest dobre, choć trudne, bardziej gorzkie niż słodkie zło. Ale czyż lekarstwo nie jest cierpkie, lecz jakże zbawienne dla zdrowia.

– Tak, dajesz mi szansę Przebaczasz, że wciąż wątpię, tłumacząc się, że nie umiem, nie mogę lub nie mogłem, bo musiałem, to czy tamto. Ty, Panie, odpowiesz mi krótko:

– Jeszcze nie chcesz być inny!

Jeszcze!

– Ileż w tym słowie nadziei i zaufania, jakim mnie obdarzasz.

Słuchasz skarg moich, że cierpię, że nie wiem, dlaczego tak muszę się męczyć.

– Śmieszne te moje cierpienia. Smutek mój, tak nieuzasadniony, nie usprawiedliwia mnie wcale, Wręcz przeciwnie, pogrąża mnie jeszcze bardziej w rozterce.

– Bo cóż to jest cierpienie? To jest tylko moja zapłata za dar, który zaniosłem na ołtarz szatana.

– Smutek dręczy mnie, bo krzyż, który dźwigałem, rzuciłem, gdyż ciążył nad miarę.

– Do kogóż mam mieć żal? Tylko do siebie. Czyż moje wieczorne skargi nie są podobne do naigrawań złego łotra, który drwił z Ciebie i z Twojej męki, jaką za niego właśnie znosiłeś?

– Ty, Panie, czekasz, aż odezwie się we mnie ten drugi łotr. On zrozumiał, że cierpienie za wiarę, za kogoś i dla kogoś, jest lżejsze do zniesienia, niż cierpienie za własne świadome grzechy.

– Czekasz, aż wiara świadomości sparzy moje serce. Ogień tej wiary wybieli moją sczerniałą duszę. A wtedy nie będę lękał się nocy – bo Ty mi ją zawsze rozjaśnisz. Nie będę zasypiał strwożony myślą, czy jutro się obudzę?

– Ty będziesz przy mnie!

Zbędne więc będzie moje pytanie: Czy zechcesz mnie jeszcze? Nie będę szukał daleko tego, co jest tak blisko.

Dziś widzę, lecz mgła przysłania mi oczy. Wiem skąd ona przychodzi, kto ją rozsiewa zasłaniając mi Ciebie.

Słaby jestem, choć pragnę być silny. Słabość – to fakt. Pragnienie siły – to moje marzenia. Teraz piszę o faktach. Wygląda to jak sprawozdanie, reportaż lub kronika.

A tak chciałbym napisać opowieść, dorównać średniakom literatury, nie mówiąc już o klasykach. Gdybym spełnił moje marzenia, musiałbym pisać o kłamstwach, które nazwałbym metaforą, pisać o bezeceństwach, które ująłbym w ramy romantycznej opowieści.

Lecz wtedy nie byłbym sobą. Wszyscy, którzy mnie znają, nie uwierzyliby, że to ja napisałem.

– Też bym w to nie uwierzył.

Więc wolę być wiarygodnym i pisać gorzką prawdę. Ty widzisz mą słabość i wiesz, że ulegnę, zegnę dumny kark, padnę na twarz. Ode mnie tylko zależy, czy upadek ten będzie boleścią czy też radością. Dałeś mi, Panie, wolną wolę. Na moją zgubę lub radość zbawienia. W tym zawiera się Twoje miłosierdzie.

– Dajesz, ale też wymagasz!

– Biorę. Ręce mam pełne, serce zaś puste łka z rozpaczy. Rozumiem, że aby napełnić serce, muszę mieć wolne ręce; nie po to, by brać, lecz by dawać.

Dawać siebie. 

Będąc tu, za murami, często patrzę za siebie, w przeszłość, i jakże wyraźnie widzę to, co mnie czeka w przyszłości. Świadomy jestem, że tu, teraz, patrząc wstecz muszę użyć Twego daru: wolnej woli.

– Raz, na zatracenie. Wspominając to, co było, i kultywując to, podniecać się przeszłymi obrazami i żyć bez celu, bez przyszłości, tkwiąc wśród wspomnień.

– Mogę też inaczej. Sięgnąć dalej w przeszłość i dojść do chwili, kiedy z Twojej woli stałem się człowiekiem. Wtedy na pewno dostrzegę brak ciągłości Twojego daru tworzenia.

– Ujrzę swoją niszczycielską działalność i krnąbrność w wykonywaniu tego, co mi zadałeś, bym swoim życiem wykonał.

Postąpić jak Sartre, który Cię przeklął ze strachu przed Tobą? Czy jak biblijny Król Dawid, który też miał ręce zbrukane krwią, serce pełne grzechu, lecz w porę uczynił skruchę, zaczął pokutę? Usłyszał Twój głos, którego przedtem nie chciał słyszeć.

Przebacz mi, Panie, to śmiałe przyrównanie się do Króla Dawida! Jakaż przepaść dzieli mnie od niego, która jednak nie może mi zabronić brać przykład, jak zmazać krew ze swych rąk. Jak wysprzątać serce, byś w nim zamieszkał.

– Ja mogę, Ty chcesz naszego spotkania; tylko, czy przywitasz mnie jak Ojciec syna marnotrawnego? Dziś jeszcze nie. Gdyż nie wykopałem swego talentu, który mi dałeś. Boję się, że go zgubię mając przy sobie lub też ukradnie mi ktoś. Bojaźń, ale jakże źle skierowana, steruje mną. Miast czuć ją przed Tobą, ja mam ją przed sobą, że Cię utracę.

– I tak tracę, ale siebie!

Miotany pomiędzy Tobą a sobą, nie mam nic. Samo chcenie nie wystarczy. Trzeba działać. A działanie dla Ciebie, to wyrzeczenie się tylu „dobrych”, „przyjemnych”, „rozkosznych”, lecz zgubnych wartości tego świata. To porzucenie bożków, zaprzestanie noszenia tego, co Tobie należne, na ich ołtarze. Mój pobyt za murami, odbywanie kary pozbawienia wolności, to zasłużone cierpienie, zadane mi przez ludzi, którym wyrządziłem krzywdę. Przyjąłem to z pokorą, nie krzywiłem się. Jedyne, czego mi było żal, a właściwie, kogo, to Rodzice. Oni uważają, że moje cierpienie jest ich cierpieniem. Wiele razy próbowałem im to w listach i podczas widzeń wytłumaczyć. Mówiłem: Jesteście w błędzie, powinniście się uspokoić, nabyć świadomości, że cierpiąc, nie mam możliwości grzeszenia. Mam natomiast wspaniałą, niepowtarzalną szansę refleksji, samokrytyki i wnioskowania na przyszłość. Nie ma straconych dni, miesięcy, lat, ani żadnego czasu. To, co tracę dla ciała jako szary człowiek, zyskuje dusza. Co tracę w tym życiu, zaowocuje w przyszłym. Wasz smutek powinien się zmienić w radość. 

Ale Matka jest zawsze Matką. Jej ciało i dusza odczuwa ten sam ból, który doskwiera jej dziecku. Za to ją kocham. Oczywiście, Tatusia również, gdyż jego uczucie dla mnie jest tożsame z matczynym. Nie mówię im, że przeraża mnie to, że nie cierpię dla Ciebie, i nie cierpię z radością, lecz z przygnębieniem.

Lękiem napawa mnie to, że nie odbywam kary, jaką Ty mi wyznaczysz.

Jakże to ludzkie – chciałbym wszystko mieć za sobą. Wiedzieć, co mnie czeka; co Ty o mnie sądzisz... Obawa, że moja wędrówka może mnie zaprowadzić tam, gdzie nie chcę, czyni mnie niepewnym, ciągle wątpiącym czy dobre jest to, co czynię.

W kategoriach ludzkich praw czuję się pewniej, zawsze mogę się upomnieć, odwołać, czy zakwestionować wyrok. Wszak pokutuję za łamanie praw ludzkich. Świadomość, że prawa te wywodzą się z Twojego Kodeksu – Dekalogu, definitywnie pozbawia mnie szansy jakiejkolwiek apelacji. Ty nie dajesz amnestii, nie zawieszasz wyroku. Ty kierujesz się miłosierdziem – kasujesz wszystko!

Wymagasz tylko jednego: wiary w Twoje miłosierdzie. 

Niestety, ja cierpię na kompleks Judasza. Moje nadpoczucie winy zabija mnie, nie pozwala rozpocząć niczego, gdyż zaraz pojawia się zwątpienie. Czy jest taka pokuta, która zetrze brzemię mego grzechu? Wątpliwość zniewala mnie. Dochodzi nawet do tego, że gdy coś się stanie w gronie, w którym jestem obecny, już obwiniam się za to. Szukam w sobie, kiedy i czym przyczyniłem się do zaistniałego zła. Próbowałem już różnych sposobów, lecz zawsze dochodziłem do jednego, że jest to próba usprawiedliwienia się, znalezienia części winy, którą mógłbym przelać na coś lub kogoś. Że jest to ucieczka z piętra, na którym dokonałem czegoś złego, na wyższe piętro. Piętra się jednak łączą, przenikają nie tylko fizycznie poprzez schody czy windy. Łączą je ludzie, dla których – gdy chcą – nie ma żadnych fizycznych barier. Jedynie psychicznie człowiek potrafi wznieść dokoła siebie mur nie do przebycia. Ludzie, którzy wzajemnie się uzupełniają, stanowią jedną wielką rodzinę. Jak więc od niej uciec? – jest to ucieczka przed samym sobą.

Nie ma ucieczki przed swoją świadomością. Mogę się tylko oszukiwać, łudzić, odwlekać. Lecz to niczego nie zmieni.

Ty, Panie, już postanowiłeś!

A ja tego nie wiem. Myślę i snuję różne hipotezy, mogę natomiast przewidywać czas. Czas dla mnie. Ty bowiem jesteś ponad.

Mój czas, czas dla którego się narodziłem i dla którego mam umrzeć, już się skończył. Teraz jest tylko oczekiwanie i w trakcie tego okresu mam siebie osądzić w świetle Dekalogu.

Na moim zegarze doba dobiega końca; jest godzina 23.45. „Piętnaście minut” mam na osądzenie siebie, wysnucie wniosków, uczynienia czegoś z grzechami, które były, i niestety są. To, że są, oznacza, że mam uczynić skruchę, i co najważniejsze, uwierzyć w Twoje Miłosierdzie, odpędzając od siebie Judaszowe zwątpienie.

O godzinie „zero” będę miał dostępną tylko skalę porównawczą mojego i Twojego o mnie zdania. Jaka będzie Twoja reakcja?

Wcale jej nie będzie. Bo już dziś powtarzam sobie słowa jednego z wielkich tego świata: „Za wszystko, co było, dziękuję; na wszystko, co będzie, mówię Tak!”

Marek K.