Obrazy wspomnień


Milczenie nie oznacza zgody, a jednak w pewnym sensie odpowiada na najtrudniejsze pytania.

Choć wspominam tylko obrazy – bo ludzie odchodzą, a wspomnienia dręczą bezustannie – unikałem powrotu do tych miejsc. I choć odwlekałem jak najdłużej, to obrazy dręczyły mnie nadal. Wreszcie zechciałem i zapragnąłem, ale wtedy powrót stał się niemożliwy. Dlaczego? Tego nie potrafię wytłumaczyć, choć przecież wiem. Lecz mój język jest ubogi, i nie potrafi wyrazić tego, co czuje serce... Czy dlatego, że jestem różny od innych ludzi? Zerwałem, myślałem, że znalazłem sens życia, lub tylko mniemałem, że znalazłem. Kolejno zatrzaskiwały się wszystkie drzwi. Jedne tylko pozostały otwarte, ale byłem zupełnie sam. Zmuszony szukać lepszego – straciłem najlepsze!

Byłem wszystkim – znalazłem się na samym dnie. Czy kłamię? Nie! Wszak byłem bezdomnym – mając dom, który nie mógł mnie przyjąć. Byłem żebrakiem – bo chciałem żyć, nie kradnąc. Byłem pijakiem, chcącym w wódce utopić swoje rozczarowania, smutki, i boleści.

Byłem – nie było mnie – nie figurowałem w żadnej ewidencji (poza rejestrem skazanych!).

Właściwie to urodziłem się po to, by – jak wszyscy – odtwarzać to samo życie według ustalonego z góry schematu. I ja się temu poddałem, jednak moje podejście do życia uległo ewolucji, a ja nie; byłem wierny sobie. I tak każdy odtwarza stary model życia, które powinno być takie, a jest całkiem inne. Jak powiedział Camus, „w ludziach więcej rzeczy zasługuje na podziw niż na pogardę”. – Mnie nigdy nie podziwiano, lecz karcono albo użalano się nade mną; a ja nie cierpię ani jednego ani drugiego!

Piszę te słowa w przeddzień rocznicy ostatnich odwiedzin u moich Rodziców. Mija rok, a mnie w wigilię tamtego zdarzenia nachodzą smutne refleksje. I równie smutne prognozy. Muszę to jakoś wyrazić, przelać na papier; dobrze byłoby, by to Oni poznali. Nie, nie chodzi o przypomnienie Im o moim istnieniu – zawsze pamiętają! Chcę znaleźć audytorium, które mnie wysłucha. Tak, wiem, nie pozostawiłem po sobie miłych wspomnień, raczej ból i troskę...

To dla Was tu jestem. Sam przyszedłem, bo nie chciałem dłużej żyć nie będąc obecnym. Nie wiem, czy uda mi się tu wytrwać – pokonać siebie. Wszak próbowałem przez całe życie, i cóż mi z tego pozostało?

Lecz teraz, skoro zaistniałem, muszę próbować.

Skończyłem szkołę średnią, mam kilka zawodów, ale nie mam bliskich, przyjaciół, żony, domu, pracy... Tak wygląda bilans mojego czterdziestoletniego życia. Czy przegrałem je? Nie wiem (?!) Ale pogrzebałem Wasze, pokładane we mnie nadzieje. Wiem, doprowadziła mnie do tego słabość i uległość mojemu drugiemu, odmiennemu ja, jakim jest moja – inna niż ciało – dusza.

Mamusiu! Nie płacz. Nie jestem wart Twoich łez! To raczej ja powinienem płakać. Ale nad kim? Nad sobą? – Też. Lecz głównie nad Tobą, Mamusiu, że spełzły na niczym Twoje plany. Natomiast ja jeszcze mam czas, by znaleźć swoje miejsce w życiu. Ale czy zdążę?

Kiedy się jest w takim miejscu, i ma się dużo czasu, a zwłaszcza w bezsenną noc, wtedy najczęściej rozmyśla się o przeszłości. Dochodzę wówczas do bardzo prostych, ale jakże trafnych wniosków. Wokół ciemność i cisza, a ja myślę: Dlaczego nie spotkałem na swojej drodze Chrystusa? Przecież Go szukałem.

Ale może nie tam, gdzie trzeba’? A może nie chciałem Go zobaczyć, gdy był przy mnie?...

Ciemna noc... Ależ tak! Słońce! To przecież zawsze w ciemności szuka się światła! Więc Słońce... Czy można sobie, ot tak, na nie popatrzeć? Nie, potrzebne są okulary, albo trzeba chociaż oczy ręką przysłonić. Wtedy, tak, wtedy można zobaczyć je w całej okazałości. Więc moje szukanie Chrystusa też wymagało pewnych zabiegów. Jednak nie tyle tych zewnętrznych, co wewnętrznych, w sercu, w duszy. Musiałem założyć takie duchowe okulary, które do mojego serca dopuszczały Dobro i Prawdę; a więc dostroić się wewnętrznie.

Tak teraz widzę, i wiem, że On jest i był zawsze przy mnie ! Bo Chrystus jest w drugim człowieku! A ja, zaślepiony sobą, widziałem w swoim bliźnim jedynie zachłannego egoistę, który bierze to, co ja powinienem otrzymać...

Ale to jeszcze nie wszystko. Jest kilka pytań, zrodzonych z moich rozważań, na które nie potrafię znaleźć odpowiedzi: Dlaczego nasza, ludzka zachłanność, nie ma granic? Dlaczego każdy, za wszelką cenę, chce przede wszystkim mieć? – Przecież tego wszystkiego nie można zabrać Tam, i – być może już jutro – wszystko zostanie tu!

Mimo wszystko mam świadomość, że zostałem teraz sam z sobą, i z tą drugą osobą, która jest we mnie. Ona już nigdy nie odejdzie, będzie we mnie trwać. Nie sposób z nią walczyć; można jej tylko ulec lub nauczyć się z nią żyć. Walka z nią, to w najlepszym przypadku obłęd, inni z takiej sytuacji szukali wyjścia przez śmierć; „...nic mi nie pomoże, nic mnie nie uleczy.” – śpiewał Salvatore Adamo. Czy to mnie czeka? Mamusiu, Ty wiedziałaś, i wiesz wszystko. Świadomość, że nie możesz mi pomóc, bardziej Cię bolała, niż to, że jestem w więzieniu.

Przepraszam Cię, ale teraz zaproszę do naszej rozmowy dwóch panów, którzy chcą powiedzieć coś istotnego, a ja rozstrzygnę, który ma rację. Dostojewski i Tołstoj. Pierwszy mówi: „...tylko cierpienie i to wielkie cierpienie jest mu dane, godzien jest bowiem więcej cierpieć.”, drugi twierdzi, iż „zło jest sumieniem dobra”.

Zapytasz Mamusiu, dlaczego odwołałem się do tych wielkich ludzi.

– Dlatego byś zrozumiała, że ja już oceniłem swoją sytuację: to, co jest we mnie, jest dobrem, a tylko moje ciało jest złem. Wiesz o co chodzi, dlatego nie muszę dokładnie wyłuszczać ziarenka z otoczki przybrania. Cierpiąc, mogę to zło pomniejszyć, zbliżyć je do dobra. Przecież skrajności się przyciągają. Już przed laty napisałem w swoim pamiętniku, że altruizm łączy się z egoizmem...

Mamusiu, uczyłaś mnie wielu rzeczy, mawiałaś: „cierp, ale panuj nad sobą”. Cierpieć godzę się, a co do panowania, to moje życie jest wielkim chaosem. Czyż można pogodzić maksymę stoików z chaosem? Moje życie jest świadectwem tego, że można; choć nieraz bardzo trudno, ale trzeba! Ileż to razy byłem na dnie, i śmierć zaglądała mi w oczy. Ale ja musiałem żyć! Trzeciego wyjścia nie ma.

Szukałem ukojenia i spokoju w Bogu, lecz sumienie mówi: „Nie! Jestem istotą grzeszną i amoralną w rozumieniu wiary. Natura zakpiła sobie ze mnie, dając ciało obce i wrogie duszy. Czy z tym można iść do Boga? Nie!

Wiem, że Ty robiłaś wszystko, co mogłaś. Inni też próbowali. Lecz ja nadal szukam Nauczyciela. Takiego, który byłby też Przyjacielem, który ucząc, potrafi tchnąć nadzieję i radość w duszę ucznia. „Trzeba iść otwartą, prostą drogą, bez wybiegów” – mówi Owidiusz.

Tak też będę czynił. Nie rezygnuję też z poszukiwania Boga. A także owych „okularów”. By to nastąpiło, musi być spełniony jeden warunek: trzeba bardzo, ale to bardzo pragnąć!

Co będzie?

Wielka niewiadoma?

Cóż, życie jest jedno, a sposobów na nie tyle, ilu ludzi. Tylko – który jest właściwy?! Na to pytanie niech każdemu odpowie jego własne sumienie. Ja już spytałem, i wiem; wybrałem i uwierzyłem.

Czy wytrwam?

...a jest inne wyjście?

P.S. Przychodzi taki dzień, który zmienia wszystko! Dosłownie wszystko!

I nie musi to być szok czy wstrząs. Taki normalny, a jednak nie normalny Dzień (przez duże „D”)!

Marek K.