Teraz żyję nadzieją!


Jak wielu młodych ludzi byłem wychowywany w do­mu, gdzie nigdy się nie przelewało; tym bardziej, że wychowywałem się bez ojca. Brakło też w moim otoczeniu kogoś, kto byłby mi wzorem, a dlatego próbowałem ułożyć swoje życie według własnego planu – wzorując się na rozwiązaniach podpatrzonych na filmach, kierując się ambicjami i marzeniami, jakie rodziły się w mej głowie. Byłem chłopakiem, którego wprawdzie interesowały szybkie motocykle i samochody, ale moim najskrytszym marzeniem było mieć własny dom i normalną rodzinę, w której panuje miłość, a problemów i kłopotów nie topi się w alkoholu.

Wiedziałem, czego chcę, bo byłem wychowywany przez matkę, która rzadko była trzeźwa i w dobrym humorze. Uśmiech pojawiał się na mojej twarzy na widok odwiedzającej nas „Cioci”, która będąc samotną kobietą pokochała mnie jak własnego syna. Było mi z tym dobrze; czułem się kochany i akceptowany. Czas biegł, a ja dorastałem.

Zawarłem nowe znajomości, które nie wyszły mi na dobre. Zaczęły się drobne kradzieże by zdobyć to, czego mama nigdy mi nie kupiła, ucieczki z domu, zaniedbania w nauce. Szybciej niż uświadomiłem sobie, co się dzieje, znalazłem się w zakładzie poprawczym. To tam naprawdę doświadczyłem, jak ludzie potrafią być obłudni i okrutni. Byłem bity, poniżany i okradany. Nie mając w nikim oparcia zamykałem się w sobie i uciekałem w marzenia. Chodziłem własnymi ścieżkami, nieufny, przewrażliwiony i zagubiony. Tak minęło kilka lat.

Dom rodzinny zastałem w znacznie gorszym stanie niż był, gdy go opuszczałem. Mama prowadziła się coraz gorzej; więcej piła, zaniedbana pod każdym względem. Nie potrafiłem nawiązać z nią kontaktu; siedziała przed telewizorem, patrząc nieobecnym często wzrokiem na wszystko, co «leciało».

Pewnego dnia zostałem przez mego współpracownika zaproszony na grzybobranie. Właściwie to nie lubiłem zbierać grzybów, ale wałęsanie się po lesie było lepsze od telewizora. Pojechałem. Potem dałem się namówić na wspólną kolację z jego rodziną. Tam poznałem bardzo miłą i sympatyczną dziewczynę, która – zauważyłem – była jednak mocno zakompleksiona. Uświadomiłem sobie, że mogę jej pomóc, a tym samym być może i sobie. Zaczęły się spacery we dwoje; coraz lepiej się rozumieliśmy i coraz bardziej się nawzajem potrzebowaliśmy. Nigdy nie piłem, a papierosy rzuciłem już kilka lat wcześniej, do tego dobrze tańczyłem. To wszystko fascynowało ją i pociągało do mnie. Zdaniem znajomych tworzyliśmy świetną parę abstynentów. Byliśmy też dla siebie pierwszymi partnerami, co dawało nam dużą szansę udanego startu w życie; bez obciążeń i młodzieńczych błędów. Radość bycia razem przerodziła się w wielką miłość, oddanie i wierność. Po półrocznej znajomości podjęliśmy decyzję by stworzyć szczęśliwą rodzinę. Znaleźliśmy mieszkanie, potem był ślub. Wesele miało być bez alkoholu, ale rodzice...

Spełniło się największe marzenie mojego życia; rodzina!

Czułem się kochany i potrzebny, i sam także potrzebowałem Jej – Kasi!

Restrukturyzacja naszej gospodarki narodowej spowodowała, że coraz trudniej było o zamówienia, a więc i środków do życia było mniej.

Zapasy kurczyły się w zastraszającym tempie. W tym czasie żona postanowiła podjąć naukę na Wydziale Katechezy przy Katolickim Seminarium Duchownym. To w przyszłości miało nam pomóc materialnie. Zgodziłem się, tym bardziej, że jej dawało to satysfakcję.

Wcześniej nie lubiłem myśleć i rozmawiać o Bogu, ale teraz, pomagając Kasi, zmuszony byłem czytać książki i ustępy z Biblii. Dla mnie były to jednak mity. Chodząc co niedzielę do Kościoła stwarzałem pozory, że wierzę i lubię to, co lubi ona.

Po półtora roku małżeństwa urodziła się nam córka! Byłem dumny i szczęśliwy. Niestety, wszystkie obowiązki, jakie z tego wynikały, zrzuciłem na Kasię, wymawiając się ciężką, wyczerpującą pracą. Powoli pojawiały się kłopoty.

Z powodu niepłacenia podatków i składek ZUS-owakich zjawił się komornik. Kasia zaczęła mi robić wyrzuty, że zaniedbuję ją i dziecko. Nie umiałem sobie z tym poradzić. Przerastało mnie to. Pamiętam dzień, kiedy na moją żonę podniosłem rękę... Za pierwszym razem przeżyłem to bardzo, ale potem, niestety, w chwilach napięć to się powtarzało. Lubiłem mieć zawsze rację we wszystkim, a choć często się myliłem, to i tak za kłopoty i niepowodzenia obwiniałem ją i innych. Nigdy siebie. W efekcie zła atmosfera w domu, pogarszała się coraz bardziej, szczególnie po wizytach moich teściów. Stałe wytykanie moich błędów spowodowało, że coraz częściej noce spędzałem poza domem. Często w remontowanych obiektach. Zacząłem na powrót palić, chociaż z pieniędzmi było krucho. Po alkohol nie sięgnąłem, mając wciąż w pamięci obraz rodzinnego domu; to mnie hamowało. Nie myślałem też nigdy o zdradzeniu żony.

Urodziło się nam drugie dziecko. Musieliśmy zmienić miejsce zamieszkania gdyż od ponad roku nie płaciliśmy czynszu. Coraz mniej rozmawialiśmy z sobą. Coraz mniej nas łączyło. Szukając czegoś, co dawałoby mi satysfakcję, a może i dochód, zacząłem jeździć na giełdy samochodowe i pomagać w sprzedaży renomowanych aut. Któregoś dnia wpadł mi w oko świetny terenowy samochód. Pomyślałem wtedy: czy nie mógłbym mieć takiego – Ale za co...

W jednej chwili podjąłem decyzję; postanowiłem za wszelką cenę zdobyć to auto. Wziąłem od właściciela numer telefonu, by za tydzień spotkać się z nim i... zabić go!

Tak, postanowiłem odebrać temu człowiekowi życie, byle zdobyć jego samochód; człowiekowi, którego wcale nie znałem, który w niczym mi nie zawinił. Liczyło się moje marzenie. Podstępem sprowadziłem go do pustego domu, w którym jakoby mieliśmy dokonać transakcji. Tam rzuciłem się na niego, bijąc go po głowie wcześniej przygotowanym młotkiem. Równocześnie chciałem go pozbawić wzroku...

Gdy dziś piszę te słowa, jest mi trudno w nie uwierzyć... W pewnej chwili ogarnęło mnie uczucie przerażenia i strachu; co ja zrobiłem!? Ten człowiek jeszcze żył... Opatrzyłem jego rany i zawiozłem na policję, przyznając się do pobicia i próby zaboru samochodu. Zostałem aresztowany.

Wstyd nie pozwolił mi na wyrażenie prośby o spotkanie z żoną.

Jednak zobaczyłem ją w prokuraturze, gdzie składała zeznania. Patrząc jej w oczy powiedziałem tylko jedno słowo: „wybacz”.

Przewieziono mnie w kajdankach do aresztu. Paskudne miejsce. Leżąc na pryczy, wpatrzony w sufit, ze łzami w oczach, nienawidziłem siebie za to, kim jestem.

Kiedy przebywałem na obserwacji psychiatrycznej, dostałem list od Kasi. Napisała w nim zdanie, którego nie zapomnę do końca życia: „To dobrze, że trafiłeś do więzienia, może ono cię zmieni.”

Zdenerwowałem się, nie rozumiałem, jak mogła coś takiego napisać.

Od kolegi w celi dowiedziałem się, że w areszcie odbywają się spotkania z ludźmi wierzącymi. Jest tam kawa i ciastka. Czemu nie miałbym tam pójść, chociażby tylko na kawę...

Był tam człowiek, który mówił o Bogu i o Jezusie Chrystusie. Był adwentystą dnia siódmego. Mówił także o Sobocie jako tygodniowym święcie. Próbowałem włączyć się do dyskusji, broniąc dnia, który dotąd uważałem za święty, czyli niedzieli. Poprosił mnie, abym na podstawie Biblii przygotował się do obrony swojego stanowiska.

W celi zabrałem się do roboty. Miało to i ten dobry skutek, że nie musiałem myśleć o swojej sytuacji. Wypożyczyłem z biblioteki Pismo Święte i wertowałem je kartkę po kartce, aby udowodnić sobie i tamtemu pastorowi, że to ja mam rację. Ale z zaskoczeniem stwierdziłem, że nie ma tam tego, czego szukałem. Ale moją uwagę przykuło jeszcze coś innego. Postać Jezusa Chrystusa i Jego Ewangelia!

Zafascynowało mnie to, kim był, co robił; spokój, jaki Go cechował, Jego pokora, a przede wszystkim miłość, z jaką odnosił się do ludzi, także tych, którzy Go krzywdzili. Skąd On to miał, skąd taka postawa? – W miarę, jak coraz więcej czytałem i rozmyślałem, zauważyłem, że coś zaczyna się we mnie zmieniać. Na spotkaniach nie miałem już chęci spierać się.

Słuchałem, tylko słuchałem. A w celi czytałem; Słowo i czasopisma chrześcijańskie.

Zauważyłem, że już nie przeklinam, i że mam więcej zrozumienia dla innych. W prywatnej rozmowie podzieliłem się z pastorem tym, co się dzieje w moim życiu. Przytulił mnie do siebie; w oczach miał łzy. Nie broniłem się przed tym. Jego słowa zabrzmiały w moich uszach jak dzwon: „Jezus Cię przyjął i obdarzył Swoją miłością.” Minęły dwa miesiące. Stojąc przed sądem w oczekiwaniu na wyrok, ściskałem w dłoniach moją dużą, zieloną Biblię. Wierzyłem, że Jezus Chrystus jest ze mną, i że bierze moją winę na Siebie. Otrzymałem wyrok siedmiu lat pozbawienia wolności. Nogi ugięły się pode mną, a do oczu gwałtownie napłynęły łzy. Wiedziałem, że Jezus jest moim Panem, i że pomoże mi znieść ten wyrok. Czytając Biblię zauważyłem, że liczba siedem oznacza pełnię, doskonałość. Odnosząc to do mojego wyroku pomyślałem, że tyle czasu potrzeba, aby dokonała się moja przemiana na wzór Pana Jezusa Chrystusa. Postanowiłem złożyć swoje życie w Nim, pozwalając Mu przekształcić całkowicie mój charakter i moje życie.

Już kilka lat spędziłem w więzieniach całego kraju, spotykając się z różnymi ludźmi, różnymi wyznaniami. Wzrosło moje poznanie i zrozumienie Słowa Bożego i woli Bożej dla mojego życia. Powoli przygotowuję się do chrztu, współpracując z braćmi z Kościoła Chrześcijan Dnia Sobotniego, którzy w moim zakładzie karnym, w Potulicach, prowadzą spotkania z więźniami. Wiem, że Pan Jezus Chrystus jest ze mną, każdego dnia widzę przejawy Jego miłości i Jego mocy. Mówię o Nim innym, zachęcam ich do czytania i słuchania Słowa Bożego. Mówię im o tym, co Bóg uczynił dla mnie. Świadczę im, że Bóg słyszy modlitwy i odpowiada na nie. Tym, którzy podobnie jak ja, z różnych powodów znaleźli się w miejscach odosobnień chcę powiedzieć, że ten czas nie musi być stracony, że można go wykorzystać dla własnego zbawienia. By potem, po powrocie na wolność, żyć pełnią życia w żywej społeczności z Bogiem; ciesząc się nadzieją i pewnością zbawienia!

Dariusz S.