Nie jest wart złamanego grosza!


Po ojcu odziedziczyłem zdolności muzyczne. Już w czasach, szkolnych grałem w restauracjach. Przy tej okazji coraz częściej sięgałem po alkohol. Szybko też przekroczyłem wszelkie granice.

Chrześcijaństwem nigdy się nie interesowałem. Od czasu konfirmacji nie przekroczyłem progu żadnego kościoła. Do chwili, aż stałem się w pełni człowiekiem. Ale to stało się dopiero, kiedy miałem pięćdziesiąt lat.

A oto wyniki mojego poprzedniego życia: pierwsze małżeństwo było piekłem. Także dla mojej żony. Ojciec, i matka, siostra i brat, zostali pochowani bez mojej obecności na pogrzebie. W wieku 25 lat – pierwsza próba samobójstwa. Po 18 tygodniach pobytu w szpitalu zostałem zwolniony. Osiem razy byłem więziony za pobicia. Po dziesięciu latach małżeństwa odszedłem od żony, i w tym samym roku uciekłem przed samym sobą za granicę.

Ale pociąg do alkoholu i tam był ze mną. Po trzech latach, powróciłem do kraju jako włóczęga; odrzucony przez społeczeństwo, skreślony z listy. „On nie jest wart nawet złamanego grosza!” – mówiono o mnie z pogardą.

Tygodniami nocowałem w otwartej drewnianej szopie. Potem gmina przydzieliła mnie do pracy w żwirowni. Przez jakiś czas wydawało się, że nareszcie coś się zmieni. To właśnie wtedy poznałem moja drugą żonę. Była biblijną chrześcijankę i modliła się za mną.

Ale ja, zamiast wykorzystać tę wspaniałą okoliczność i nową szansę, staczałem się coraz bardziej. W pewnym okresie, nawiązując kontakt z okultystami, otarłem się o moce demoniczne. To były straszne chwile. Zdawało mi się, że doznam pomieszania zmysłów. Wtedy poddałem się gruntownemu badaniu w szpitalu klinicznym. Diagnoza starego, doświadczonego lekarza brzmiała: przyczyną nie jest choroba ciała, lecz ducha.

Ten mądry człowiek i odrodzony chrześcijanin wskazał mi na Jezusa Chrystusa, który jest silniejszy od wszelkich demonicznych potęg. Jego świadectwo otworzyło mi oczy. Ale diabeł nie dał jeszcze za wygraną.

Następnego dnia wstąpiłem do restauracji, z myślą, że upiję się po raz ostatni. Zanim jednak podano mi alkohol, przed moimi oczami przebiegło mi całe moje życie; było to niezwykle intensywne doznanie – jakbym patrzył na film! Wstrząśnięty, napełniony obrzydzeniem do samego siebie, wyszedłem z lokalu i udałem się do domu.

Wtedy modliłem się po raz pierwszy; tak naprawdę, z głębi całej mojej istoty. Prosiłem: „Panie! jeżeli mnie jeszcze nie przekreśliłeś, jeżeli jeszcze mam szansę, to mnie uratuj! Uwolnij mnie od alkoholu, bo ja nie potrafię!”

Bóg słyszał moją rozpaczliwą modlitwę. I wysłuchał mnie. W tym momencie znikło zupełnie moje uzależnienie alkoholowe. Stałem się wolnym!

Rozpoczęło się nowe, życie. Przyjąłem pracę dozorcy. Przyłączyłem się do biblijnych chrześcijan i po ponad trzydziestu latach znowu poszedłem na nabożeństwo. W dwa lata później zostałem wybrany do rady zborowej – ja, niedawny wyrzutek, włóczęga skreślony z listy przyzwoitych ludzi.

Wiem dobrze, że to nie moja wola ani moja siła dokonały tej zmiany. To mógł uczynić wyłącznie Bóg. I On to uczynił! Ja ze swej strony uczyniłem tylko tyle, że poddałem się Mu zupełnie. Od chwili mojego nawrócenia, każdego poranku modlę się: „Zbawicielu! Ty bądź dzisiaj ze mną. Ty mnie znasz najlepiej.”

W podziękowaniu za moje życie już ponad dwadzieścia lat odwiedzam szkoły i rozmawiam z młodzieżą. Prawie czterdzieści wizyt każdego roku. Uświadamiam im niebezpieczeństwo alkoholizmu, i świadczę o Jezusie, który jedynie może od niego uwolnić.

Obecnie mam 80 lat i jestem wciąż czerstwym, wesołym człowiekiem. W przyszłość patrzę z ufnością.

Wołam do Was: życie na tej ziemi jest szkołą do wieczności. Musimy się starać, by na świadectwie jej ukończenia, widniał podpis Jezusa Chrystusa!

Henryk H.