Idę wciąż do Niego!


Kiedy zastanawiałem się, w którym momencie zaczyna się „Moja droga do Boga”, doszedłem do wniosku, że mogę wskazać tylko jedną właściwą datę: jest nią dzień mego narodzenia.

Tak, jestem głęboko przekonany, że tam się to zaczęło, i że od samego początku poprzez kolejne lata, w których zaczynałem nabywać świadomości siebie i poznawać otoczenie, szedłem w stronę Boga. I wcale nie przeszkodził temu fakt, że urodziłem się w rodzinie katolickiej.

Od najmłodszych lat „praktykowałem” to wszystko, co w myśl wszczepianych mi poglądów miało mnie przybliżyć do Stwórcy. Z okresu wczesnego dzieciństwa nie pamiętam zbyt wiele – jakieś fragmenty sytuacji i zdarzeń. Późniejsze obrazy utrwaliły się wyraźnie. 

Zapamiętałem jedną ze spowiedzi. Klęcząc przy konfesjonale wyznawałem swoje grzechy. Między innymi powiedziałem księdzu, że w moim przekonaniu grzeszę pychą. Wprawdzie nie okazuję tego, ale wewnątrz, w sercu, odczuwam pychę. Ksiądz powiedział wtedy, że jeżeli nie okazuję tego złego uczucia innym, to wszystko jest w porządku. Ja jednak czułem, że coś jest nie w porządku...

W dniu moich osiemnastych urodzin zrobiłem dwie ważne rzeczy. Po raz pierwszy próbowałem się ogolić brzytwą Taty, usuwając zarost, który trudno było dostrzec. Natomiast wieczorem poszedłem do mojego kościoła parafialnego, aby poprosić o Bożą Obecność w moim dalszym życiu.

Życie toczyło się dalej. Pamiętam, jak podczas kolejnej spowiedzi ksiądz nakazał mi „za pokutę” przeczytać część Ewangelii. Przejęty skruchą i gorliwością, przeczytałem wszystkie cztery Ewangelie!

Następne zapamiętane wyraźnie wydarzenie, miało miejsce bezpośrednio przed maturą. Jak każe obyczaj maturzyści przed egzaminami udają się do Częstochowy, by poprosić „Matkę Boską” o pomoc i opiekę. To dziwne, ale wtedy zwróciłem się z prośbą nie do patronki tego miejsca, ale do samego Boga Ojca, i modliłem się nie o powodzenie na maturze, ale o Jego Obecność w moim życiu. Przy czym „sanktuarium maryjne” nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia; miałem świadomość, że do Boga można się modlić na każdym miejscu.

W czasie pomaturalnych wakacji zacząłem czytać Biblię. Traktowałem ją wówczas jako książkę historyczną, opowiadającą o dziejach narodu Izraelskiego. I wtedy właśnie, po raz pierwszy przeczytałem treść Dekalogu, jaki Bóg przedłożył ludziom.

Był to dla mnie szok! Nie znałem takich przykazań, i nie rozumiałem, skąd wzięły się takie różnice. Czytałem dalej, mając nadzieję znaleźć jakieś wyjaśnienie tej sprawy. Niczego jednak nie znalazłem.

Sytuacja rozwijała się szybko.

Poznałem dziewczynę, która nie tańczyła i nie była katoliczką. Akurat w naszym mieście rozpoczynał się Tydzień Modlitwy o Jedność Chrześcijan. Wówczas zacząłem poznawać mniejszościowe kościoły protestanckie. Do tej pory myślałem, że Kościół Prawosławny jest dla Rosjan, a Ewangelicko-Augsburski dla Niemców.

Baptystów nie znałem w ogóle. Nagle zacząłem zauważać plakaty reklamujące wykłady biblijne i ewangelizacje.

Byłem na zgromadzeniach około dziesięciu społeczności. Zacząłem uczęszczać na wykłady w Kościele Adwentystów Dnia Siódmego, pt. „Co Jezus mówił o...”. Razem z członkami Kościoła Ewangelicznych Chrześcijan poszedłem na uliczną ewangelizację, i nawet intensywniej niż niektórzy z nich rozdawałem ulotki.

I właśnie wtedy pomyślałem: Co ja tu robię? To nie jest zabawa w rozdawanie ulotek...

Od tamtej chwili wiedziałem, że Bóg jest ze mną, i że chcę Mu służyć. Zapragnąłem w jakiś sposób opowiedzieć się po Jego stronie, pozostając jednak daleko od jakiejkolwiek społeczności. Rozumiałem, że powinienem z Nim zawrzeć przymierze przez chrzest. Ale jak tego dokonać, nie łącząc się z jakąś społecznością?

Cały czas uczęszczałem na wykłady „Co Jezus mówił o...”. I wtedy zadzwoniła do mnie ta „nie tańcząca” dziewczyna z informacją, że jeśli chcę poznać Biblię i inne społeczności, to Adwentyści prowadzą wykłady... Przy okazji dowiedziałem się więcej o jej społeczności. Ona też przestrzegała biblijny Dekalog.

W naszej klasie zaczęły się dziać dziwne rzeczy.

Wszyscy rozmawiali o Bogu i Biblii. Jeden z kolegów pożyczył ode mnie Ewangelię i tego samego dnia, na zajęciach, ją przeczytał. Razem chodziliśmy do Adwentystów, jednak oni coraz więcej mówili o jakiejś pani (Ellen G. White), i często się na nią powoływali.

Ta dziewczyna zrobiła w szkole ewangelizację, podczas której występował zespół z Kościoła Ewangelicko-Reformowanego. Wtedy też poznałem, jak się później okazało, partnera do dyskusji biblijnych.

Zacząłem przychodzić na sobotnie nabożeństwa. Wiedziałem już, że nie da się żyć bez społeczności, a także to, że jednym z mierników prawdziwości, jest Sabat.

Mijały dni, wiedziałem coraz więcej, ale niechęć do organizacji wciąż była bardzo silna. Koledzy pytali, kiedy się ochrzczę.

Okazało się, że byłem już ostatni, bo z całej grupy już sześć osób ochrzciło się u Adwentystów, a kolega, który kiedyś pożyczył ode mnie Ewangelię, stał się Świadkiem Jehowy.

Minęło jeszcze trochę czasu, zanim poprosiłem o chrzest w Kościele Chrześcijan Dnia Sobotniego. Wciąż miałem opory. Nie, nie przed przyjęciem chrztu. Tego pragnąłem i nie mogłem już dłużej czekać. Obawiałem się przynależności. A przecież, porównując wszystkie znane mi społeczności, znajdowałem, że ten właśnie Kościół wyznaje zasady, do których jestem w pełni przekonany.

Moja decyzja nie wiązała się z jakimiś drastycznymi zmianami w moim życiu. Już wcześniej zrezygnowałem ze studiów zaocznych, gdyż zajęcia odbywały się w soboty. To wywołało oczywiście oburzenie i płacz Mamy. Odstąpiłem też od spożywania nieczystych pokarmów. Moi rodzice potraktowali mój chrzest, jak wyjazd na kolejne spotkanie. 

Cieszę się, że żyję w społeczności z Bogiem. Ale nie mogę powiedzieć, że dopiero od tego dnia jestem blisko Niego. To jest po prostu tak: kiedyś szedłem drogą, o której wiedziałem, że prowadzi na północ. Nadal nią idę, ale teraz dostrzegam już wyraźnie drogowskazy i inne znaki. Ufam, że Bóg będzie mnie prowadził i wspierał, aż kiedyś, na końcu drogi, ujrzę bramy, otwarte na moje przybycie! Idąc, wyraźnie czuję Boże wsparcie i błogosławieństwo. Zarazem dostrzegam na mojej drodze wiele kamieni, wyrw i nierówności. Proszę, módlcie się o mnie, abym kroczył wytrwale i zwycięsko!

Módlmy się także za tych, którzy sięgają po Biblię; za tych, których zaczyna intrygować taka gruba księga stojąca na półce...

 

Robert K