„Za wszystko dziękujcie”


Zdarzenie to miało miejsce pewnego pięknego marcowego dnia. Mój brat i ja mieliśmy umówioną wizytę u ortopedy w Münster. Mieszkaliśmy w Senden, miasteczku oddalonym od Münster o 20 kilometrów. O specjalistów w dziedzinie ortopedii było wówczas jeszcze trudno. Mój młodszy brat, Horst, w dzieciństwie szybko rósł, a urodził się w trudnych latach powojennych, gdy żywność była jeszcze bardzo uboga. Z tego powodu jego układ kostny znacznie ucierpiał.

W wieku dziesięciu lat otrzymał, sporządzony odpowiednio do wymiarów jego ciała gipsowy gorset, który miał skorygować jego postawę. Każdej nocy musiał być też przypinany do specjalnej deski korekcyjnej. Leżał w bardzo niewygodnej pozycji. Potrzebował oczywiście osobnego łóżka – a w naszym pokoju bez ogrzewania, liczącym nie więcej jak 10 m2, stały trzy łóżka i dwie szafki na ubrania. Dzieliliśmy ten pokój w piątkę.

Każdego dnia Horst musiał nosić aparat korekcyjny, przypinany paskami. Było to bardzo uciążliwe, dlatego często płakał i prosił mamę, aby mu go nie zakładała. Najgorzej było latem, w czasie upałów. Horst miał lekką nadwagę, bo chętnie jadał słodycze. Od dzieciństwa był bardzo wesoły, chętny do pomocy i gdy tylko w sąsiedztwie nadarzała się okazja, oferował swoje siły. Za pomoc zawsze otrzymywał coś słodkiego. W naszym domu łakocie należały do rzadkości. Rodzice zmuszeni byli rezygnować z wszelkich luksusów. Wychowywali nas skromnie. Sami byli ludźmi pobożnymi i pracowitymi. Dla rodziny gotowi byli zrobić wszystko.

Mój ojciec miał dobrą pracę, z czasem dorobił się nawet własnego samochodu. Jeździł nim każdego dnia do Münster, do pracy. Często pracował po godzinach, by uzbierać trochę pieniędzy na własny domek. Po wielu latach marzenie rodziców się spełniło.

Do owego marcowego dnia byliśmy szczęśliwą rodziną. Horst i ja zdecydowaliśmy, że po wizycie u lekarza wrócimy do domu wieczorem razem z ojcem. Mój starszy brat, Ryszard, także przypadkowo miał coś do załatwienia w Münster i wraz z nami chciał wracać samochodem.

Gdy spotkaliśmy się w umówionym miejscu, ojciec zaproponował Ryszardowi, by on poprowadził. Brat chętnie się zgodził – miał prawo jazdy, ale nie miał własnego samochodu. Był dobrym kierowcą, więc nie baliśmy się z nim jechać. Zapadał zmierzch. Kierowcy włączali światła. Wkrótce znaleźliśmy się na autostradzie.

Wszystko potoczyło się tak szybko! Jechaliśmy lewym pasem z dużą prędkością. Nagle jadący przed nami samochód zjechał na prawy pas. W tym momencie naprzeciwko pojawiły się dwa reflektory. Jakikolwiek manewr był niemożliwy. Pamiętam jedynie huk zgniatanych blach pojazdów. Ponieważ wtedy nie było jeszcze obowiązku zapinania się pasami, w momencie zderzenia zostaliśmy wyrzuceni z samochodu na jezdnię.

Ocknąłem się po wielu długich minutach zamroczenia. Drżałem z zimna. Leżałem z twarzą zwróconą w stronę asfaltu. Próbowałem wstać. Było już całkiem ciemno; widziałem migoczące niebieskie światło, reflektory samochodów oświetlających drogę i wielu biegających wokół ratowników. Ktoś próbował pomóc mi wstać.

Ojciec siedział na jezdni dwa metry dalej. W odległości pięciu metrów leżał Horst. Nie ruszał się. Nasz samochód, kompletna kupa blachy, stał na poboczu. Ryszarda nigdzie nie widziałem. Wkrótce karetka zabrała mnie do szpitala.

Przedtem jednak, gdy policjanci opowiadali lekarzowi o przebiegu wypadku, dotarło do mnie jedno zdanie: „...ten nie żyje”. Próbowałem podnieść się na noszach i dowiedzieć, kto nie żyje, ale oni tylko uspokajali mnie i nic nie powiedzieli. Po czasie dowiedziałem się, że umarł kierowca „tamtego” samochodu. Jego ostatnie słowa brzmiały: „To moja wina!” Jechał pod prąd, niewłaściwym pasem.

Zabrano nas do trzech różnych szpitali. Jeszcze tej samej nocy odwiedziła mnie moja mama. Przywiózł ją sąsiad. Inna sąsiadka zaopiekowała się pozostałymi śpiącymi braćmi.

Gdy długo nie wracaliśmy do domu, mama zaczęła się niepokoić. Siedziała przy oknie w ciemnym pokoju. Obydwaj chłopcy byli już w łóżku, gdy nagle w naszą ulicę skręcił samochód policyjny. „Mam nadzieję, że naszym nic się nie stało” – pomyślała mama. Gdy jednak samochód był coraz bliżej, stawała się coraz bardziej nerwowa. Przeczuwała, że policjanci idą do niej. Rzeczywiście, samochód zatrzymał się przed naszymi drzwiami. Drżąc cała otworzyła drzwi i od razu spytała czy wszyscy żyjemy. Na szczęście policjanci odpowiedzieli, że tak, i wskazali adresy szpitali, do których zostaliśmy zawiezieni.

Mama szybko spakowała nasze piżamy, szczoteczki do zębów i ręczniki, i z sąsiadem pojechała najpierw do ojca. Leżał w tym samym szpitalu co Ryszard. To był straszny widok! Brat miał wiele ran ciętych na twarzy, obydwie nogi złamane w kilku miejscach. Ojciec miał złamaną rękę, żebra, wybitych kilka zębów i liczne stłuczenia.

Stamtąd pojechali do mnie. Była już północ. Sąsiad pozostał w samochodzie. Dla niego to, co widział wcześniej, było wystarczająco dużym wstrząsem. Zostałem zbudzony przez pielęgniarkę. Gdy mnie mama zobaczyła, wystraszyła się. Miałem obandażowaną całą głowę, moje oczy, nos i usta były napuchnięte, skóra zdarta, a wszystko zakrwawione. To nie był miły widok. Matka rozpłakała się. Tego było za dużo na jeden raz. Tylko krótko mogła u mnie zostać. Chciała jeszcze pojechać do Horsta, ale sąsiad poradził jej by zadzwoniła do kliniki i spytała o stan zdrowia syna; jeżeli nie będzie źle, to może odwiedzić go jutro. Mama była już psychicznie wykończona, nie chciała też dłużej pozbawiać sąsiada nocnego wypoczynku – rano musiał przecież iść do pracy. Dlatego usłuchała jego rady. Gdy usłyszała, że stan Horsta w danych okolicznościach jest dobry, wrócili do domu.

O siódmej rano wyrwał ją z łóżka dzwonek. To byli ci sami policjanci, co poprzedniego dnia. Przynieśli mamie wiadomość, że jej syn umarł. Początkowo myślała, że chodzi o mnie, ale oni powiedzieli, że to Horst. Był to dla niej wielki cios. Powiedzieli, że umarł wczesnym rankiem. Nastąpiło pęknięcie komory serca. Matka nie mogła sobie wybaczyć, że w nocy, gdy jeszcze żył, nie odwiedziła go. Teraz stała przed wielkim życiowym problemem. Wylała wiele łez, spędziła wiele czasu na modlitwie. Szukała pocieszenia w Bogu. Mojemu ojcu i bratu o śmierci Horsta powiedziała od razu. Mnie nie mogła powiedzieć – zabronili jej lekarze.

Odwiedzała mnie prawie co drugi dzień. Potrafiła się cudownie opanować. Nigdy nie przyszła ubrana na czarno. Dopiero po czternastu dniach, tydzień po pogrzebie brata, przypadkowo zauważyłem, że ma na nogach czarne rajstopy. Gdy ją o to zapytałem, odpowiedziała że pożyczyła je od cioci Anny, bo są cieplejsze i czekając na autobus nie musi marznąć. Początkowo ta odpowiedź mnie zadowoliła. Później jednak zacząłem się zastanawiać, dlaczego rajstopy były właśnie czarne. Dopiero gdy w myślach przeanalizowałem ostatnie wizyty mamy, zdałem sobie sprawę, że mój brat nie żyje. Zawsze, gdy ją pytałem jak się ma Horst, odpowiadała, że on się ma najlepiej, i zaczynała mówić coś o ojcu bądź Ryszardzie. Nie mogłem doczekać się następnej wizyty. Chciałem potwierdzić swoje przypuszczenia.

Nie mogłem jeszcze wstać. Przez trzy tygodnie musiałem stale leżeć w łóżku. Mogłem sobie wyobrazić w jakim stresie była mama odwiedzając mnie. W jej sercu była żałoba. Jej ślady widoczne były również na twarzy, ale ja tego przez cały ten czas nie dostrzegałem. Dobry Bóg zasłonił mi oczy. Jednak podczas kolejnych odwiedzin chciałem uzyskać pewność. Usłyszałem pukanie, otworzyły się drzwi, weszła mama. Pozdrowiliśmy się, rozebrała płaszcz. Gdy podeszła do mojego łóżka, spytałem ją wprost: „Jak się ma Horst – żyje jeszcze?” Rozpłakała się, wzięła mnie za rękę, pogłaskała i powiedziała: „Henryku, musisz być teraz silny, nie mogłam ci powiedzieć, bo zabronili mi lekarze. Ale teraz, skoro pytasz – tydzień temu odbył się pogrzeb Horsta”. A potem odpowiedziała na wszystkie moje pytania i opowiedziała o pogrzebie.

Gdy dwa tygodnie później zostałem zwolniony do domu, mama bardzo się ucieszyła. Ze szpitala odebrał mnie dobry kolega ojca, wraz z żoną. Mama czekała w domu. Wszyscy bardzo się cieszyli, zaś w szczególności ja, że wreszcie jestem w domu. Byłem pierwszy, po mnie wrócił tata, a dopiero później, po trzech miesiącach, Ryszard. Pocieszaliśmy mamę, ale dopiero po długim czasie udało jej się pokonać ból.

Dzisiaj sam jestem żonaty i mam własne dzieci – szczęśliwą rodzinę. Mojemu Bogu dziękuję przede wszystkim za to, że zachował mnie do dnia dzisiejszego od trosk, jakie mieli moi rodzice. Dziękuję Mu także za zdrowie moich dzieci. Nie wiem, dlaczego Horst musiał umrzeć mając piętnaście lat. Tylko Bóg zna odpowiedź. Życie może być czasem krótkie, czasem bywa także trudne. Gdy Bóg nakaże – odchodzimy. Uczyńmy więc wszystko, aby przeżyć nasze życie świadomie. Dziękujmy za wszystko Bogu i prośmy Go, aby zachował nas przed takimi próbami wiary. Ja wierzę w Boga i w Jezusa Chrystusa, mojego Zbawiciela. Dziękuję Bogu, że pozostałem przy życiu. 

Henryk R.