Noc się skończyła!


Urodziłem się w roku 1971 w wiejskim, rzymskokatolickim środowisku. Dzieciństwo miałem szczęśliwe; dom i dobrych rodziców, wieś i nieskażoną przyrodę, otwartą przestrzeń lasów, zielonych pól i słońca. Rodzice byli rolnikami, a czasy dla rolnictwa o wiele lepsze niż dziś. Oczywiście, jak w każdej rodzinie, tak i w naszej raz było lepiej, raz gorzej. Jednak moje dzieciństwo pamiętam jako najlepszy dotąd okres życia.

Wiejskie środowisko cechuje prosta religijność; ludzie wierzą, że wiszące na ścianach krzyże i wizerunki mają moc, są święte. Kościół ma wielkie wpływy, bo wszak „w kościołach mieszka Bóg”, zaś księża jako Boży przedstawiciele, są postrzegani niemal jako święci. Niestety, na ogół ludzie mają mgliste wyobrażenia o Bogu, grzechu i łasce, Bożym Słowie – Biblii – i Bożej miłości.

Nasza rodzina nie była wyjątkiem. Do kościoła chodziłem z obowiązku, podobnie jak na lekcje religii; chętniej stamtąd – zarówno z kościoła jak i z religii – wychodziłem.

Kłopoty i nieszczęścia zaczęły się, gdy na początku lat osiemdziesiątych ojciec zachorował na nowotwór żołądka, a potem, w roku 1983 zmarł. Miałem dwanaście lat i razem z matką musiałem prowadzić gospodarstwo, gdyż zamężne siostry mieszkały w innych miejscowościach. My pomagaliśmy sąsiadom, sąsiedzi pomagali nam. Życie płynęło dalej. Ale w roku 1987, także na nowotwór zachorowała matka.

W tym samym roku zmarła. Pozostałem sam.

Z wdzięcznością myślę o rodzicach, którzy od wczesnych lat przyzwyczajali mnie do pracy i samodzielności. Teraz moim nauczycielem było życie. Musiałem sobie dawać rady – i dawałem sobie rady. W moim przygnębieniu i samotności pojawiła się nowa pasja: muzyka rockowa, która stała się umiłowaniem i niemal religią mojego życia! Dałem się opanować głośnym, gwałtownym rytmom i sugestywnym tekstom. Wtedy zrodził się we mnie nowy stosunek do Boga: odkryłem, że nie tylko jest mi On niepotrzebny, lecz iż Go nienawidzę. (Dziś wiem, że było tak między innymi dlatego, że Go prawie wcale nie znalem – bo trudno mówić o znajomości Boga, gdy w umyśle ma się Jego przymgloną karykaturę!) Stałem się ekstremistą i buntownikiem; w moim charakterze zaczęły się ujawniać najgorsze cechy i skłonności. Stosunki z sąsiadami i rówieśnikami bardzo się popsuły, Owszem, miałem chwile opamiętania, kiedy pojawiały się wyrzuty i do głosu dochodziły szlachetniejsze uczucia i intencje. Ale to się szybko kończyło, a ja stawałem się coraz gorszy. Ludzie oddawali mi złem za złe, a ja nie pozostawałem im dłużny.

Lata mijały i wchodziłem w coraz głębsze bagno. Wszystko obracało się przeciwko mnie; nawet, gdy chciałem zrobić coś dobrego, wszystko wychodziło źle. Usiłowałem ratować swoje człowieczeństwo i godność poprzez muzykę rockową i intensywną naukę języka angielskiego, dzięki czemu mogłem rozumieć teksty śpiewane przez moje ulubione zespoły i ukochanych solistów. Postanowiłem się wybić i zdobyć sławę i pieniądze!... Moja nienawiść do Boga się potęgowała; starałem się Go obrazić i robiłem wszystko, by Mu się sprzeciwić! Nad wszystkim królował WIELKI ROCK!...

Tamten okres mojego życia wspominam dziś jak koszmarny sen, z którego na koniec ocknąłem się w stanie głębokiej depresji. Czułem się zmęczony i bezradny, samotny i nikomu niepotrzebny. Właśnie wtedy ludzie jeszcze mi dołożyli... Żyłem sam w pustej chacie na uboczu, skonfliktowany ze wszystkimi wokół, z Bogiem, i z samym sobą!

I właśnie wtedy, nie pamiętam już w jakiej chwili po raz pierwszy, zacząłem myśleć o Bogu inaczej, zafascynowany potęgą wszechświata. Nagle, nie wiem skąd, pojawiło się głębokie pragnienie, aby uwolnić się od przeszłości, stać się innym, lepszym... Pojawiły się wyrzuty sumienia i wstyd.

Ale znów przychodziły inne myśli i zachowywałem się jak dawniej. To wszystko działo się w roku 1991.

Przełom nastąpił, kiedy w październiku tego roku w mojej torbie obok kaset z muzyką rockową znalazła się książka, o której kupnie myślałem już od kilku miesięcy – Nowy Testament. Kiedy wieczorem usiadłem aby go przejrzeć, nie mogłem przerwać czytania. Tak bardzo podobały mi się słowa i czyny Jezusa! – Tego, potrzebowałem! Zupełnie innymi oczami spojrzałem na religię, Boga i Pismo Święte. Dotąd patrzyłem na religię poprzez literaturę, typu science-fiction, pozaziemskie cywilizacje, UFO, itp. trudno mi było przyjąć, że istnieje Ktoś tak potężny, kto byłby w stanie stworzyć tak potężny wszechświat. Oceniając w kategoriach moralnych, dotąd widziałem Boga jako tyrana i okrutnika, który igra z ludźmi. I nagle wszystko to się zmieniło. Czytając Nowy Testament wiele poznałem i wiele zrozumiałem. Jednak nadal często wpadałem w depresję; miałem wzloty i upadki. Miałem też wiele pytań, z którymi nie było się do kogo zwrócić. Obawiałem się, że wszystko znów wróci na stare tory.

Pewnego popołudnia słuchałem radia, w którym właśnie nadawano audycję religijną Kościoła Chrześcijan Dnia Sobotniego. Podobało mi się wszystko i postanowiłem napisać pod podany adres,. Oczekiwanie na odpowiedź bardzo mi się dłużyło. Jakiś ponury głos mówił mi w duszy: „nie odpiszą, kim ty jesteś dla nich! To nie ma sensu, skończ z tym wszystkim!...”

Byłem zdziwiony, kiedy nadeszła odpowiedź. Byłem zaskoczony, że ktoś poważnie zainteresował się moimi problemami, i że zrobił to tak ciepło. Od tego momentu moja droga do Boga poprzez noc, zaczęła się powoli przecierać.

Zrozumiałem, że idę we właściwym kierunku. Zacząłem iść coraz szybciej. Ukończyłem Korespondencyjny kurs biblijny I stopnia. Przy okazji w listach stawiałem wiele pytań i otrzymywałem na nie wyczerpujące odpowiedzi. Równocześnie zmienił się mój stan psychiczny; wracałem do równowagi – wracałem z daleka.

Potem otrzymałem zaproszenie na Zlot Młodzieży w Giżycku. Pojechałem. Na początku byłem trochę rozczarowany, ale później było wspaniale. Do domu wróciłem odmieniony, a po dalszych sześciu tygodniach byłem już na południu kraju i zostałem ochrzczony! Ulga. Spokój. Radość. Poczucie przynależności do Boga i współwierzących w Chrystusa.

Kiedy wcześniej, po Zlocie, wyjeżdżałem z Giżycka, byłem przygnębiony, bo nie oczekiwałem iż z wieloma tam poznanymi ludźmi za kilka już tygodni będę przebywał wręcz na co dzień. Odbieram to jako wielki Boży cud dla mnie – ale tak właśnie się stało. chwała za to Bogu! Noc się skończyła, zaczął się dzień!

Sławomir P.