Nie muszę być zgubioną owcą!


Pamiętam takie dni, gdy budząc się, szczególnie mocno uświadamiałem sobie nieubłagany upływ czasu.

Bliższa i dalsza przyszłość była wtedy czymś nierzeczywistym, bez sensu i nadziei, W takie dni zastanawiałem się, czy wszelkie moje życiowe wysiłki przyniosą jakiś konkretny, pozytywny skutek, Niestety, takie dni zdarzały się dość często, i wtedy poddawałem się zwątpieniu, upadając pod ciężarem niepewności.

Wszystko było wówczas szare, a ciszę otaczającą mnie ze wszystkich stron, przerywał jedynie odgłos tykającego zegara, który coraz bardziej uświadamiał mi, że moje życie upływa z oszałamiającą szybkością. Było mi żal każdej straconej chwili, w której doszukiwałem się jakiegoś głębszego sensu, a równocześnie daremnie wybiegałem myślami w przyszłość, szukając jakiegoś znaku wskazującego mi drogę.

Ileż to razy stałem kwadransami przy otwartym oknie i patrzyłem niewidzącym wzrokiem poza horyzont, nie dostrzegając rozjaśnionego słońcem dnia, piękna wiosennej zieleni, ani słysząc śpiewu ptaków. I dopiero jakiś hałas wyrywał mnie z bezruchu. Wracałem więc do realnego świata, wciąż nie mając odpowiedzi na dręczące pytanie: Czy odnajdę prawdziwy sens życia? Czy znajdę szczęście? Ile odwagi trzeba, aby się wyrwać z bezruchu i przeciwstawić drapieżnemu światu, który tylko czeka na moje potknięcie, na mój słaby punkt?

Ale – czy próbowałem z tym walczyć, że z góry przekreślam swoje zwycięstwo?

Czy – żyjąc złudzeniami i gubiąc się w sprzecznościach – sam nie zamykam sobie drogi do szczęścia? Skądś pojawiła się zasłyszana sentencja: Tylko ten odnajdzie sens istnienia, kto swoim duchem otworzy się na sprawy, których nie zauważa wśród szarej codzienności.

Czy byłem kiedyś naprawdę wierzącym?

Wychowany w Kościele rzymskokatolickim, nigdy nie zastanawiałem się głębiej nad istotą wiary w Boga. Moje życie religijne (dziś trudno mi je nazwać duchowym) ograniczało się do poprawnego wypełniania zobowiązań nakładanych przez mój Kościół, w czym nie różniłem się od innych młodych ludzi i całego otoczenia. Z Kościoła czerpałem naukę i w nim pokładałem nadzieję. Uczestnicząc w nabożeństwach i obrzędach, odczuwałem zadowolenie, a to wpływało na mnie mobilizująco. Jednak za każdym razem dochodziłem do pewnej nieprzekraczalnej granicy, co z czasem zasiało mi w serce niepewność, a potem zobojętnienie; czułem niedosyt poznania i duchowego przeżycia.

Wciąż te same słowa liturgii i fragmenty Ewangelii. Niezmiennie te same, powtarzane rutynowo słowa przepisanych modlitw i litanii. I wątpliwość – czy Bogu rzeczywiście o to chodzi?

Pytałem sam siebie: czy to już naprawdę wszystko, co jest mi dane poznać? Czy nie ma jeszcze czegoś, co jest ukryte przede mną, a wypełniłoby mój niedosyt? Nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że Kościół zapomniał o czymś bardzo ważnym, co stanowi istotę duchowego doświadczenia, i czego mi tak bardzo brakuje... Ale nie było odpowiedzi; nikt nie potrafił zrozumieć, o co mi chodzi, i pozostawałem ze swoim problemem sam.

W takich chwilach wiara moja słabła i ogarniało mnie poczucie beznadziejności. Wciąż jednak gdzieś w głębi tkwiło przeświadczenie, że musi być jakaś droga wyjścia... 

Mimo, że otoczenie, w którym dorastałem, miało na mnie duży wpływ (a moi rówieśnicy nie stronili od grzechu), ja zawsze miałem poczucie, że nie pasuję do takiego życia, a moje miejsce jest gdzie indziej. Kiedy już nie mogłem wytrzymać, uciekałem do domu, do swojego zacisza, gdzie brałem do ręki książkę lub pisałem pełne goryczy wiersze, dając w nich upust swojej tęsknocie za lepszym światem. To przywracało mi spokój.

W tym okresie byłem wewnętrznie rozdarty między dwie różne siły i skłonności.

Dziś wiem, że walczył o mnie Bóg, ale i szatan nie chciał mnie wypuścić... Brakowało mi siły i odwagi by podjąć jakąkolwiek decyzję.

Trochę pomagały mi książki, do których zawsze miałem słabość. Starałem się z nich dowiedzieć, czegoś więcej o Bogu i wielu innych sprawach.

W tym czasie zacząłem też czytać Pismo Święte. Stopniowo dochodziłem do przekonania, że zarówno dogmaty Kościoła rzymskokatolickiego jak i życie współczesnych ludzi, daleko odbiegają od norm zapisanych na kartach Pisma Świętego.

Ale co miałem z tym zrobić? Czy mogłem mieć nadzieję, że znajdę społeczeństwo, które spełni moje oczekiwania, i w którym znajdę ludzi podobnie myślących i wyznających zdrowe zasady chrześcijańskie?

Ale nie dane mi było długo czekać! To zadziwiające, jak Bóg może pokierować krokami człowieka, aby przy pomocy drobnego na pozór zdarzenia, całkowicie odmienić sytuację. Może tak właśnie wygląda przeznaczenie, nieunikniona kolej rzeczy znana tylko Bogu? Z pozoru przypadkowe spotkanie i rozmowa, pierwsze przejawy zainteresowania ... Ileż to razy w taki sposób poznajemy ludzi.

Ale było w tej rozmowie coś szczególnego; ktoś mówił, a ja wchłaniałem słowo za słowem. I powoli docierał do mnie sens tych słów, prostych i szczerych, a jednak tak mocno uderzających, budzących echa w najtajniejszych zakamarkach serca.

To było dla mnie coś nowego. Wiedziałem, że Agnieszka nie jest katoliczką, ale w tym momencie przestało się to dla mnie liczyć. Nagle zdałem sobie sprawę, że przecież od dawna czekałem na tę rozmowę. I czekałem na taki moment, gdy będę się mógł szczerze podzielić swymi przemyśleniami i pragnieniami z innymi. Teraz stało się to rzeczywistością.

Rozmawialiśmy o Bogu. Ale myliłby się, kto by sądził, że byłem przekonywany do nieznanych mi i obcych doktryn religijnych. Agnieszka po prostu opowiadała o Bogu i o swoich odczuciach w tak naturalny sposób, jak się opowiada o konkretnym zdarzeniu z życia. Teraz już wiem, jaka jest różnica między „nawracaniem” a głoszeniem Ewangelii.

Ta krótka rozmowa dała mi więcej, niż wszystkie kazania, jakie dotąd usłyszałem z ambony mojego kościoła. Czułem, jak Bóg staje się dla mnie kimś bliskim, i bardzo realnym; bardziej, niż mógłbym to kiedyś przypuszczać. Teraz wiem, że być zbawionym, znaczy żyć w stałej i bezpośredniej łączności z Bogiem. Zostałem mocno utwierdzony w przekonaniu, że żadna ziemska instytucja nie może zająć miejsca Pana Jezusa Chrystusa, który jest jedynym Pośrednikiem między mną a Bogiem! Nadzieję, jaką kiedyś pokładałem w Kościele rzymskokatolickim, teraz pokładam w moim Panu i Zbawicielu. Bóg stanął na mojej drodze i dał mi szansę. Czy ją wykorzystam pokażą najbliższe miesiące i lata, które – mam nadzieję – nie będą czasem straconym.

Andrzej Ś
.