Bóg otworzył moje duchowe oczy!


Przedziwne i nieodgadnione są ścieżki, które prowadzą do Boga; jedni z nas odnajdują Go znalazłszy się w stanie najgłębszego upadku, na dnie, z którego się powoli odbijają, podążając w stronę miłosiernego Boga. Inni żyjąc poprawnie, a przecież ślepi duchowo, nagle doznają olśnienia – jakby z ich oczu opadła gruba zasłona, zasłona misternie tkanego kłamstwa odsłaniając rzeczywisty i uporządkowany obraz Prawdy i Boga, który odtąd lśni na horyzoncie ich życia jak słońce.

Nie znam, nie mogę znać wszystkich dróg, ale z pewnością jest ich wiele. Jednak to, co jest wspólne dla każdej z nich, to – tęsknota. Przedtem nie wiedzieliśmy za czym tęsknimy, poszukując wpadaliśmy w kolejne pułapki, w grzech... Aż wreszcie jej spełnienie znaleźliśmy w Nim – w Panu!

Moje życie także miało swój własny, dziwny a zarazem ujawniający wspaniałość Bożego miłosierdzia bieg. Byłam jedną z milionów wyznawców Kościoła rzymskokatolickiego. Do kościoła chodziłam nie ze względu na tradycję czy obyczaj, także nie dlatego, że wychowałam się w środowisku wiejskim, którego element stanowiłam. Chodziłam tam, bo odczuwałam taką potrzebę; bo byłam przekonana, że od tego zależy moje zbawienie. Trzeba było wyjątkowych okoliczności aby mi uniemożliwić uczestnictwo w niedzielnej mszy; im więcej trudności piętrzyło się przede mną, tym silniejsza była potrzeba uczestnictwa w nabożeństwie!

Miałam też szczególne oczekiwania wobec budynku kościelnego. Byłam przekonana, że Bóg rzeczywiście przebywa tam niewidzialnie. Tam mogłam z Nim nawiązać szczególną więź; powierzyć Mu swe troski i niepokoje, zwierzyć się z moich rozczarowań, ukoić ból, żal... W pewnym momencie zaczęłam dostrzegać różnicę między sobą a współwyznawcami. Gorzej, zaczęłam dostrzegać brak zaangażowania ze strony duchownych; gdy ja pragnęłam Słowa Bożego jak spragniony kubka wody, słyszałam niedbałe zwiastowanie, słowa wypowiadane jakby odruchowo, niedbale, bez ducha... Słowo Boże musiało ustępować miejsca „ważniejszym sprawom”, stanowiło tylko tło do tych spraw. Tło i parawan... Mimo coraz silniejszego uczucia rozczarowania i niedosytu stan ten akceptowałam. Po prostu taka była rzeczywistość, której nie mogłam zmienić, a i ja nie widziałam dla siebie alternatywy, mimo że zaczęło mnie prześladować poczucie współodpowiedzialności za kształt Kościoła, którego byłam wyznawcą.

Być może stan taki trwałby do dziś, gdybym – dziś wiem, że za Bożym przyzwoleniem – nie została brutalnie wyrwana z tej sytuacji: do mojego domu zaczęli przychodzić i przez dwa lata przychodzili Świadkowie Jehowy!

Oni zmusili mnie do studiowania Słowa Bożego – Biblii.

Kontynuowałam spotkania z nimi, bo jakże mogłam pozwolić ja, gorliwa i wzorowa katoliczka, aby „zwykli domokrążcy” okazali się lepsi w znajomości Pisma Świętego?!

Tym bardziej, że oni ośmielili się mówić, że są wybranym ludem Bożym!

Powodowana z jednej strony ciekawością, z drugiej zarozumiałością, wierząc ślepo w wyższość mojej wiary opartej na tradycji, wpędziłam się w pułapkę. Przekonana, że zdołam obronić swoje przekonania, szukałam w Biblii argumentów na odparcie wciąż nowych ciosów, lecz zaczęłam się w tym gubić. W pewnym momencie musiałam się uznać za pokonaną, lecz równocześnie pojawił się lęk przed tymi nowymi naukami, których nie mogłam akceptować, a zarazem nie umiałam się im skutecznie przeciwstawić, mając wciąż słabą znajomość Biblii. Przekonałam się, że Świadkowie mają w wielu sprawach rację, niestety w innych bardzo błądzą. Być może w końcu uległabym ich natarczywym namowom, ale tymczasem oni zniechęcili się do mnie.

Świadkowie odeszli, ale stało się już najważniejsze: zrodziły się we mnie głębokie wątpliwości, a moje katolickie wierzenia okazały się być pozbawione wszelkich podstaw biblijnych!

W jakiś czas potem Bóg sprawił że wpadła mi w ręce książka autorstwa Ellen G. White pt. „Wielki bój”. Położyła ona ostatecznie kres moim wahaniom i rozterce co do wyboru drogi do Boga; ukazała czystość Bożej Prawdy i tych, którzy tę Prawdę w biegu wieków odmienili w kłamstwo. Po jej przeczytaniu zrozumiałam, że muszę wybrać: albo pozostać w Kościele rzymskokatolickim, co równało się zgodzie na błędy i współodpowiedzialność, albo zerwać z tradycją, odrzucić to, co nie zgadza się ze Słowem Bożym i podążyć za czystością Ewangelii. Mając głęboko zakorzenioną w swoim charakterze niechęć do kłamstwa zdecydowałam, że niezależnie od konsekwencji wybieram drogę Bożą. Wierzyłam, że On mnie przygarnie, że zatroszczy się o mnie w tym najtrudniejszym okresie.

I rzeczywiście był to najtrudniejszy okres w moim życiu.

Często w nocy budziłam się z lękiem zadając sobie pytanie, co teraz będzie ze mną? Szatan nękał mnie swymi atakami; wskazując jak słaba jestem, chciał mnie odstraszyć od wejścia na ścieżkę Prawdy, pogłębiał poczucie osamotnienia i obawę o przyszłość.

Takie myśli rozpraszałam modlitwą; wołałam do Pana aby mnie nie pozostawił samej! Aby mi wskazał drogę i moje nowe miejsce, i ludzi, wśród których i z którymi będę mogła realizować moje duchowe pragnienia i nadzieje. Jakże marzyłam o takiej spokojnej przystani!

I Pan mnie wysłuchał. Jezus Chrystus wskazał mi na rzeczy najważniejsze: zapewnił mnie o Swej wielkiej i stałej miłości, o Swym przebaczeniu i przyjęciu. Pouczył mnie, jak ważna jest wierność jedynemu autorytetowi, jakim jest Słowo Boże, jakie znaczenie ma przestrzeganie Jego Przykazań, z Sobotą, jako znakiem tej wierności.

Po kilku miesiącach ustawicznych poszukiwań Pan pomógł mi dokonać wyboru – moje nowe, bezpieczne miejsce odnalazłam wśród Chrześcijan Dnia Sobotniego. Płynący czas – a minęło już prawie półtora roku od pierwszego spotkania – utwierdza mnie coraz bardziej w przeświadczeniu, że to jest Boża społeczność, w której pragnę być członkiem. Wierzę i widzę, że tutaj właśnie mogę prowadzić życie podporządkowane woli Najwyższego objawionej w Piśmie Świętym.

Dziś z radością mogę wyznać przed Panem i przed ludźmi: byłam ślepą lecz teraz widzę! Pan otworzył moje duchowe oczy! Chwała Mu za to!

Janina W.