Wyznanie przestępcy


Historia życia, która przedstawiamy poniżej, jest już zamknięta, gdyż jej bohater nie żyje. Zmarł w roku 1994, w dniu 31 maja, w pełnym rozkwicie wiosny – tak jak wciąż młode było jego życie; w chwili śmierci liczył zaledwie 37 lat!

Historię swą opowiedział nam przed kilku laty, gdy jako nawrócony grzesznik przyłączył się do Bożej Rodziny. Jego wyznanie publikowaliśmy na łamach naszego miesięcznika w roku 1988 („Wyznanie przestępcy”, „Duch Czasów” VI, VII, VIII-IX/88). Przypominamy ją teraz, wzbogacając o wątki, wcześniej przez br. Henryka pominięte, i dopisujemy tragiczne zakończenie jego życia. Marzyliśmy, że będzie inaczej, że br. Henryk powróci do nas po odbyciu kary więzienia, że włączy się do pracy w dziele ratowania dusz – on, który wrócił z celi śmierci, i narodził się w Chrystusie do nowego, wiecznego życia. Nie stało się tak; Bóg, który jest Panem życia i śmierci każdego z nas, zadecydował inaczej. W pokorze skłaniamy przed Nim swe głowy. „Wyznanie przestępcy” to najpierw listy Henryka do prowadzącego „grupę więzienną” w ramach korespondencyjnego kursu biblijnego, pastora Romana Witka, potem relacja z ostatniego okresu jego życia, i nasze braterskie wspomnienia o nim.

Listy H.W. nadsyłane do Ośrodka Kształcenia Biblijnego niczym się nic odróżniały od pozostałej korespondencji. Może tym tylko, że należały do grupy «Listów więziennych». a więc pochodziły od ludzi «z tamtej strony muru», poddanych procesowi resocjalizacji na mocy wyroku sądowego. Także ten list nie zwracał na siebie uwagi. Ot, zwykła koperta dość starannie zaadresowana, tylko czym on ją dzisiaj wypchał?... Na biurku rósł stos kartek zapisanych wielkimi niekształtnymi literami uszeregowanymi w krzywe rzędy. Pierwszy, osobiście napisany list. Musiał go pisać sam, gdyż to była jego spowiedź.

 Szanowny Panie Romanie!

Po ostatniej rozmowie z Jackiem, postanowiłem do Pana napisać. Chcę przedstawić całe moje dotychczasowe, tak krótkie jeszcze i zarazem tragiczne życie. Bardzo poruszył i wzruszył mnie fragment Pana listu do Jacka, w którym okazał Pan tak żywe zainteresowanie moją osobą. Piszę ten list, chociaż przychodzi mi to z trudem. Dotychczas nie zrobiono mi jeszcze operacji i widzę tylko nieco na prawe oko. Jednak muszę, z Bożą pomocą muszę opisać Panu moje życie! Pragnienie to zrodziło się we mnie, gdy słuchałem Jacka czytającego wspomniany list. Dzisiaj wiem, że przyczyną mojej tragedii było to, że opuściłem Boga. Tylko czy ja Go kiedyś w ogóle znałem?...

 Urodziłem się 2 listopada 1957 roku w Tomaszowie Mazowieckim. Moja matka miała wówczas 18 lat a ojciec lat 28. Po moim urodzeniu w domu zaczęło się dziać źle. Ojciec, który nigdy nie garnął się zbytnio do pracy, teraz porzucił ostatecznie stałe zajęcie. Matka była zrozpaczona. Kiedyś, przed ślubem ojciec obiecywał, że w małżeństwie niczego jej nie zabraknie. Teraz, mając małe dziecko, zmuszona była szukać pracy. Nie dość na tym – ojciec zaczął pić, awanturować się i bić ją! Po kolejnej awanturze matka zabrała mnie i uciekła do swoich rodziców. Tam mieszkałem do dwunastego roku życia. Wychowywali mnie dziadkowie, a potem dziadek umarł i zostałem z babcią. Mama pracowała, a wieczorem uczyła się w szkole średniej. Tam poznała swego drugiego męża, i – mając już rozwód z moim ojcem – zawarła nowy związek małżeński. Nie chcę i nie mogę jej obwiniać o to, co się stało potem. Wielu spraw do dziś zresztą nie rozumiem i nie potrafię określić... Mieszkałem nadal z babcią a matka ze swym mężem. Miałem wrażenie, że mama stopniowo zapomina o mnie, że jej na mnie coraz mniej zależy...

I wówczas pojawił się mój ojciec. Nie wiem jak do tego doszło, ale została przez niego założona sprawa sądowa. O mnie. I właśnie jemu przyznano prawa rodzicielskie nade mną, ograniczając je matce. W efekcie zamieszkałem z nim i jego matką, moją drugą babcią.

 Teraz właśnie zaczęła się moja tragedia.

Ojciec nadal nigdzie nie pracował pozostając na utrzymaniu babci. Zajmował się łowieniem ryb i zbieraniem grzybów. Było głodno i chłodno. Do szkoły chodziłem obdarty i zaniedbany. Ale trzymano mnie krótko. Za każde przewinienie byłem mocno bity a często wiązany sznurem. Bili solidarnie oboje. Razy sypały się na przemian z przekleństwami i wyzwiskami. Zacząłem uciekać z domu. Do swojej mamy wstydziłem się iść. Skąd zresztą miałem wiedzieć czy mnie przyjmie, czy jej w ogóle na mnie zależy? Siadałem w pierwszy lepszy pociąg i jechałem, aby dalej. Wtedy nauczyłem się kraść, palić papierosy i pić alkohol. Nauczyłem się przeklinać. Do domu przywoziła mnie milicja, lub ojciec, wezwany przez milicję przyjeżdżał aby mnie odebrać z Izby Dziecka. Miałem kilka spraw w Sądzie dla Nieletnich za kradzieże. Otrzymałem w zawieszeniu kilka lat w zakładzie poprawczym i przydzielono mi kuratora. Niestety, w niczym nie zmieniło to mojego postępowania. W roku 1972 ku uldze moich nauczycieli ukończyłem szkołę podstawową i rozpocząłem naukę w szkole zawodowej. Ale zacząłem wagarować. Jednym z powodów było to, że byłem źle ubrany, często obdarty. W efekcie dochodziło do spięć i nie miałem przyjaciół. Czułem się napiętnowany i zły. Dowiedziano się, że zajmuje się mną kurator. Wezwany przy jakiejś okazji do szkoły ojciec, zrobił mi wstyd wobec nauczycieli i uczniów. Usunięto mnie ze szkoły w drugiej klasie. Ktoś pomógł i otrzymałem pracę jako pomocnik murarza. Miałem wówczas 16 lat.

Pamiętam gdy przyniosłem do domu pierwszą wypłatę – 1500 zł. Powodowany dziwnym odruchem wręczyłem całą sumę memu ojcu; a on wręczył mi – jak się okazało wcześniej przygotowaną – kartkę, na której wyliczył koszty mego utrzymania. Wyliczył wszystko: utrzymanie, komorne, światło itd. Suma z kartki dwukrotnie niemal przewyższała wręczoną mu kwotę... Wtedy uciekłem do wujka, brata matki. Opowiedziałem mu wszystko o sobie, a on zaprowadził mnie do mojej matki. Może lepiej byłoby, aby tego nie robił. Zostałem jednak przyjęty, Zarówno przez matkę jak i jej męża. Poznałem moją małą przyrodnią siostrę. Matka założyła sprawę w sądzie i ojcu odebrano prawa rodzicielskie do mnie.

Cóż jednak z tego, Drogi Panie Romanie, cóż z tego, skoro miałem już wszczepione zło? Nie chciałem słuchać matki i ojczyma, byłem zazdrosny i zły, że więcej czasu i uwagi poświęcają mojej przyrodniej siostrze. Zrobiłem się krnąbrny. Padły między nami złe słowa...

Zrozumiałem, że im przeszkadzam. Wdałem się w złe towarzystwo, coraz częściej sięgałem po kieliszek W roku 1975 będąc pod działaniem alkoholu uderzyłem na ulicy kobietę i pobiłem broniącego jej mężczyznę. Zostałem skazany na jeden rok więzienia. Zakład karny opuściłem po dziewięciu miesiącach. Podjąłem pracę jako konduktor, lecz przez alkohol straciłem to zajęcie. Dwa lata później wszedłem do mieszkania znajomej mojej babci. Do dziś nie mam pojęcia, dlaczego ją pobiłem. Sąd skazał mnie tym razem na trzy lata i odwiesił trzy miesiące z poprzedniego wyroku. Na wolność wyszedłem w roku 1979. Podjąłem pracę i znów przez alkohol ją utraciłem. Wyjechałem z «kolegą» w Bieszczady.

Pewnego dnia po odebraniu wypłaty za rozładowane wagony poszliśmy pić całą grupą. Ledwo trzymając się na nogach (potem okazało się, że miałem we krwi 3 promile) wyszedłem z restauracji. Od tego momentu pamiętam tylko fragmenty rzeczywistości... Znalazłem się na peryferiach miasta... widziałem biegnącą dziewczynkę... miałem wrażenie, że grozi jej jakieś niebezpieczeństwo... pobiegłem za nią... upadła...

Wiem, że złapałem ją za szyję i odrzuciłem od siebie... Upadając, uderzyła się śmiertelnie w głowę. Ale tego wszystkiego dowiedziałem się później. Prokurator oparł się na wszystkich ustalonych okolicznościach, i oskarżył mnie o morderstwo na tle seksualnym. Stwierdzono u mnie wytrysk nasienia, chociaż gwałt czy jego usiłowanie jako takie nie miały miejsca i nie były udowodnione. Poddano mnie badaniom psychiatrycznym, które nie wykazały jakichkolwiek odchyleń od normy.

Dziesiątego marca 1980 roku zostałem skazany na karę śmierci!

 Przywieziono mnie do Aresztu Śledczego w Krakowie na ul. Montelupich. Zaczęło się dramatyczne oczekiwanie na tę straszną chwilę... Odwiedził mnie adwokat i powiedział, iż zakłada sprawę rewizyjną w Sądzie Najwyższym. Nigdy nie zapomnę tamtych dni... To było potworne. Nie dowierzałem adwokatowi, przypuszczałem, że był to chwyt, że w pewnej chwili wejdą, zabiorą mnie i powieszą!

To trwało 26 miesięcy! Każda minuta w lęku... W dniu 21 października 1982 roku weszli strażnicy, skuto mi ręce i zaprowadzono na salę widzeń. Było nas tylko trzech: ja i dwóch strażników stojących po moich bokach. Za kratą ujrzałem zapłakaną matkę... oboje nie wymówiliśmy ani jednego słowa. Było to beznadziejne widzenie. Oboje myśleliśmy o tym samym – widzimy się już ostatni raz... Nie mogłem się z nią nawet pożegnać. Trudno określić stan moich uczuć. Po jej wyjściu wpadłem w szok. Zabrano mnie znów do celi.

 Pierwszego lutego miała się odbyć rewizja w Sądzie Najwyższym. Dowiedziałem się o tym przez przypadek od więziennego listonosza, który nie był zorientowany co do mojego wyroku i przekazał mi tę informację. Gorączkowo oczekiwałem na wyrok, adwokat jednak nie przychodził. Nadszedł dzień 11. lutego. Coś we mnie pękło, wpadłem w szał, porwałem w rękę ukrytą w posłaniu agrafkę i zacząłem kłuć moje oczy... Podobno krzyczałem i szalałem w celi. Wpadli strażnicy, zostałem zakuty w kajdanki i wrzucony na betonową podłogę pustej celi. Podobno byłem tam 48 godzin. Z tego czasu nic nie pamiętam, oprócz jednego: po raz pierwszy pojawiła się we mnie myśl o Bogu. Trudno mi nawet jasno określić tę myśl, może było to raczej wrażenie, że na wszystko, co dzieje się ze mną, ktoś patrzy, że widzi całą moją nędzę... Uświadomiłem to sobie dopiero wówczas, gdy znów znalazłem się w mojej celi.

Ale wtedy odkryłem coś strasznego: nie widziałem! Nie widziałem na moje oczy! Jedynie gdy zwróciłem twarz w stronę okna, odbierałem wrażenie światła... Niewiele pamiętam z dni, które potem nastąpiły. Ogarnęła mnie dla odmiany apatia. Myślałem o sobie jak o kimś obcym: „po co mi oczy, skoro i tak mnie wkrótce powieszą”.

A potem powróciły myśli o Bogu. Spojrzałem na swoje życie i przeraziłem się. Nie kary, która ma mnie dosięgnąć, lecz wszystkich moich przestępstw. Przestępstw i ich skutków – wyobraźnia podsunęła mi obraz pobitych, skrzywdzonych ludzi, zamordowanej dziewczynki... zapłakaną twarz matki... Byłem przerażony ogromem zła, czułem się winny, po stokroć winny kary! A potem, myśląc o Bogu, przypomniałem sobie o Jego miłosierdziu. Z zakamarków pamięci wróciła słyszana kiedyś opowieść o Jezusie, który przebaczył łotrowi na krzyżu... I wtedy, po raz pierwszy w życiu zacząłem się modlić do Boga i czyniłem to z głębokiej wewnętrznej potrzeby.

I przyszedł taki szczególny dzień. Daty nie pamiętam, wiem tylko, że było to w południe, w cztery miesiące po tym, jak skaleczyłem sobie oczy. To był czerwiec. Siedziałem na łóżku i patrzyłem w jasny prostokąt okna, myśląc, że na wolności świeci słońce. Jego promienie ogrzewały mi twarz. Pozostali więźniowie grali w domino, a ja patrząc swymi ślepymi oczami w górę rozmawiałem z Bogiem. Wołałem do Niego: „Panie, daruj! Boże, przebacz! Jezu, zostaw mnie jeszcze, abym miał chociaż czas na poprawę!...”

I wtedy stał się cud!

Patrząc wciąż w górę dostrzegłem wyraźnie zarysy okna, z mgły wyłoniła się krata i rama z szybą. Spojrzałem w dół i rozróżniłem zarysy stołu i osób przy nim siedzących, nawet kostki domina...! Byłem równie zaskoczony, co szczęśliwy. Z krzykiem zerwałem się z łóżka! Więźniowie patrzyli ze zdziwieniem, myśląc, że oszalałem. A ja widziałem! Wprawdzie niezbyt dokładnie i tylko na jedno oko, ale widziałem!... 

Stan taki pozostał do dzisiaj. Widzę wprawdzie słabo i tylko na jedno oko, które w dodatku szybko się męczy i łzawi, ale widzę! To też pozwoliło mi napisać do Pana ten list. Proszę wybaczyć koślawe litery i nierówne linijki. Chciałem jednak list ten napisać sam...

W dniu 1 października 1983 roku zostałem przewieziony do szpitala psychiatrycznego w Pruszkowie na ponowne badania. (Pominąłem tutaj, że w miesiąc po okaleczeniu oczu zostałem powiadomiony przez adwokata, że sprawa apelacyjna w Sądzie Najwyższym przeciągnęła się ze względu na zarządzone ponowne badania psychiatryczne.)

Z rozmowy z lekarzem dowiedziałem się, że najprawdopodobniej wyrok będę miał zmieniony. Badający mnie lekarze doszli do przekonania, że do tego przestępstwa doszło wskutek fatalnego nałożenia się wielu niekorzystnych okoliczności – trudne dzieciństwo, konflikty między rodzicami, zły wpływ ojca, jego niesprawiedliwe traktowanie mnie, powrót do matki i zazdrość o siostrzyczkę, wrażenie odrzucenia także przez matkę. Zdaniem lekarzy wszystko to doprowadziło mnie do stanu wybuchowego. Reszty dopełnił alkohol, który częściowo zniósł zdolność rozpoznania dokonanego czynu. 

W Pruszkowie pozostawałem przez 73 dni, do 13. grudnia. Tam otrzymałem kilka widzeń z mamą i siostrą. Powróciła iskierka nadziei. Jednak wróciłem do Krakowa i pojawił się na nowo lęk i strach. Ktoś zasugerował mi, że lekarze tak mnie tylko pocieszali, żebym pozbył się lęku i był spokojniejszy.

Ale przyszedł taki dzień, było to w maju 1984 roku, kiedy wezwano mnie do pokoju wychowawcy. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że tym razem nie skuto mi rąk kajdankami. Wychowawca kazał mi usiąść i powiedział:

„Macie wyrok śmierci zmieniony na 25 lat więzienia...” 

Coś jeszcze mówił, ale do mnie to już nie docierało... Nie wiem też jak wróciłem do celi. Pamiętam, że automatycznie zaparzyłem herbatę i piłem ją razem ze łzami szczęścia. A potem upadłem przed Bogiem na kolana modląc się i dziękując za wysłuchanie moich modlitw! Obecnie wiem z całą pewnością, że to nie sądy darowały mi życie, ale Bóg, Bóg miłosierny i cierpliwy, który tyle już lat czekał na mnie i nie odrzucił prośby mordercy!

A potem, kiedy już znalazłem się w innej celi i w innej grupie więźniów, odkryłem nagle, że niektórzy z nich mają kontakt z ludźmi wierzącymi z zewnątrz, że uczestniczą w kursach biblijnych. Jakże wdzięczny jestem Jackowi Ś. że otworzył mi moje na wpół oślepłe oczy na Boże Słowo i Bożą Prawdę. Wzruszył także moje serce i pogłębił moją wiarę. Jakże się cieszę i jestem wdzięczny Braciom z Kościoła Chrześcijan Dnia Sobotniego, że prowadzą kursy biblijne i zainteresowali się takimi straceńcami jak my, więźniowie, i że nami nie pogardzili. W moich modlitwach zawsze za to Bogu szczerze dziękuję! Jacek zrobił i wciąż robi dla mnie dużo. Czyta mi i objaśnia Pismo Święte, pomaga odrabiać lekcje kursu biblijnego – to on wypełniał wszystkie moje «arkusze zwrotne» lekcji. Teraz wprawdzie jesteśmy rozdzieleni, ale i tak przy różnych okazjach on mnie pociesza jak tylko może. A teraz pojawiła się nowa nadzieja. Zostałem zbadany i okazało się, że mogę się poddać operacji oczu, że jest nadzieja!... Wierzę, że i w tym jest Bóg, że On i w tej sprawie mi pomoże, O, gdybym mógł odzyskać wzrok, chociaż w takim stopniu, aby bez przeszkód pisać i czytać. Wtedy bez ograniczeń mógłbym się uczyć Biblii, poznawać te wszystkie piękne nauki. Moim marzeniem jest, aby skończyć także Kurs Ewangelistów, i nauczyć się tyle, by innych prowadzić do Chrystusa. To jest tak piękna nadzieja, że dla niej warto żyć. Tej pomocy potrzebują na pewno wszyscy ludzie, ale, moim zdaniem, potrzebują jej więźniowie. Przymusowy czas pobytu za murami powinien ich wiele nauczyć. Dla mnie okazał się błogosławieństwem. Marzeniem mojego życia stało się móc być zawsze blisko Boga i nigdy już nie zejść z tej drogi, którą mi ukazał. 

Drogi Panie Romanie, ja już jestem innym człowiekiem. Dalej siedzę w celi, przede mną jeszcze wiele, wiele lat więzienia... Ale w moim sercu, w mojej duszy jest spokój i radość. Może się Pan zdziwi, lecz wewnętrznie czuję się w pełni szczęśliwy, nie odczuwam już strachu i lęku. Znalazłem radość w modlitwie, chętnie w drobnych sprawach pomagam współwięźniom; to sprawia mi nieznaną dotąd przyjemność. Myślę, że mam wiele szczęścia, więcej niż łotr na krzyżu, który uwierzył i wyznał Chrystusa. On, niestety musiał umrzeć. Ja wciąż żyję. Chcę żyć po to, aby innym mówić jak dobry jest Bóg! A może doczekam wolności? Może będę jeszcze normalnym, wolnym człowiekiem?! O, gdybym doczekał tej chwili, to swe pierwsze kroki skierowałbym do Pana, Panie Romanie, aby podziękować za okazane mi serce!

Kończąc moją spowiedź jeszcze raz gorąco dziękuję Bogu, Panu, Panie Romanie oraz wszystkim tym, którzy otworzyli moje duchowe oczy i skierowali mnie na Drogę Pańską!

Niech Bóg Wszechmogący ma Cię, Panie Romanie, w opiece!

 

*           *

Grupa więzienna, to szczególna część uczestników prowadzonych przez nas kursów biblijnych. Była i wciąż jest dosyć liczna, cechuje ją jednak pewna skaza – w większości przypadków pensjonariusze zakładów karnych piszą bądź to dla zabicia nudy, bądź w nadziei otrzymania jakiejkolwiek materialnej pomocy. Po kilkunastu latach doświadczeń, stwierdzenie takie przestaje być dyskusyjne. To po prostu fakt.

Bo zdarzały się nam już różne przypadki. Byli więźniowie po zwolnieniu „zapominali” o swych duchowych zainteresowaniach i o nas, i nie było ich stać nawet na proste „dziękuję”. Inni, przeciwnie, pierwsze kroki kierowali do Kościoła prosząc o pomoc materialną (często byli bez jakichkolwiek środków do życia, bez rodziny, bez pracy i realnych planów na przyszłość). Ale z reguły kończyło się to źle. W najlepszej wierze przyjmowaliśmy ich „na chwilę” do naszych domów, odkarmialiśmy ich i pomagali na różne sposoby. A potem odchodzili, zabierając co nieco „na pamiątkę”; mieliśmy przypadki wyłudzania pożyczek, a także pospolitych kradzieży. Na przykład jeden z braci zatrudnił niejakiego K.S. na swej kurzej farmie. Gdy „przyjaciel Prawdy” odkarmił się i odział, pojawił się pod nieobecność gospodarza furgonetką, jakoby z jego polecenia wyładował ją kurczakami, i odjechał... w siną dal! Może po kilku latach znów do nas napisze, z kolejnego zakładu karnego?

Nie ukrywam, że zastanawialiśmy się, czy autor „Wyznania” nie należy aby do takiej kategorii osób. Czas wykazał, że – na szczęście – w tym przypadku obawy były bezzasadne.

Henryk kontynuował kurs i cieszył się coraz bardziej z poznawania Słowa Bożego. Z widoczną radością opisywał swoje wewnętrzne doznania i proces przeobrażenia, jaki Duch Boży prowadził w jego duszy. Pisał często, coraz częściej. Opisywał swe rozmowy ze współwięźniami „pod celą”, z wychowawcą, czasami z naczelnikiem Z.K. I wielka sprawa! Pojawiła się szansa, że będzie mógł samodzielnie, choć z trudem, czytać!

W jednym z kolejnych listów napisał do pastora R. Witka:

„Z całego serca dziękuję za list otrzymany od Pana, na który z radością odpisuję. Otóż dnia 20.czerwca (list z dnia 01.07.1985) byłem u p. dr okulistki i prosiłem ją o pomoc nadmieniając, że już od 28 miesięcy nie czytałem nic, ze względu na oczy. Zaczęła przymierzać mi szkła. W rękach trzymałem gazetę. Przy kolejnej zmianie szkieł mogłem swobodnie odczytać treść gazety. Pani dr przepisała mi dwie pary okularów; jedne + 13 dioptrii do chodzenia, a drugie, +18 dioptrii do czytania. Ucieszyłem się tym, iż mogę w tych szkłach czytać! Dziękuję za to Dobremu Bogu, dziękuję za wszystko, co mnie spotyka w obecnym czasie – kontakt z Tobą, Panie Romanie, oraz prostą drogę do Boga!...”

Codzienne, więzienne życie. Trudne, ale opromienione nową treścią i sensem; nową nadzieją, tą, którą dało mu Słowo Boże! Poznawaliśmy go coraz bardziej, a on poznawał nas, a przede wszystkim Boga i Bożą wolę dla swego życia. Utożsamiał się coraz bardziej z Kościołem, pisząc do pastora Witka per „Drogi Braciszku!”.

Ale były i przykre zdarzenia. Nagle, początkiem lata roku 1986 zamilkł. Były to nieco inne czasy. Wstęp do więzień był niemal niemożliwy. Po przeszło roku nadszedł jednak list, datowany na dzień 10.08.1987 – wysłany poza cenzurą: 

Drogi Braciszku w Chrystusie Panu!

Z całego serca witam i pozdrawiam, Ciebie i Twoją Żonę, oraz wszystkich Braci i Siostry! Gorąco pragnę Cię przeprosić za przeszło roczne milczenie, które zostało spowodowane nie z mojej winy. Otóż zostałem przetransportowany do Z.K. w Wołowie, a tam wychowawca poinformował mnie, że nie będę mógł z Tobą utrzymywać korespondencji, pomimo że była wyrażona zgoda przez Ob. Naczelnika A. Śl. w Rzeszowie Załężu. Dlaczego tak, tego mi nie wyjaśniono. Polecono mi natomiast napisać o wykreślenie Twojego nazwiska z karty korespondencyjnej – w ten sposób została przerwana nasza korespondencja.

Przez sześć miesięcy przebywałem w dużych celach, jako niepracujący. Na okrągło kogoś dawali lub zabierali. W tym zamieszaniu spotkało mnie straszne nieszczęście. Otóż jakiemuś człowiekowi spodobała się moja kochana Biblia, wszystkie lekcje kursu biblijnego, broszurki, soczewka do czytania oraz duży zeszyt A-4, w którym prowadziłem ważne notatki z książek o tematyce religijnej. Po prostu zabrał mi podstępnie całą moją siatkę z moim największym skarbem, i został wywieziony do innego zakładu.

Gdy spostrzegłem co się stało, było już za późno by cokolwiek odzyskać, zresztą nawet nie było sensu zgłaszać kradzieży władzom, gdyż i tak niczego bym nie odzyskał, a „zarobiłbym” na miano konfidenta. Tak to niestety tu jest, jeżeli się upomnisz o swoje lub poskarżysz, jesteś po prostu „kapusiem” w mniemaniu „elity” więziennej.

Po półrocznej męczarni zostałem na własną prośbę zatrudniony przy ręcznym wszywaniu filców do nakolanników i jednocześnie przeniesiony na inny oddział, do czteroosobowej celi. Tam życie stało się dużo znośniejsze. Ale nie mam mojej Biblii! Pozostała mi jedynie modlitwa. Znów pracowałem ok. sześciu miesięcy, i ponownie przewieziono mnie do Z.K. w Rzeszowie Załężu. Tutaj na własną prośbę zostałem zatrudniony przy pakowaniu kredek. Ciszę się z tego, bo zarobię parę groszy na potrzeby osobiste. Ale najważniejsze jest to, że udało mi się znów pozyskać Biblię! I teraz bardzo Cię Braciszku proszę, abyś napisał stosowne pismo do tutejszego Ob. Naczelnika, by ponownie zezwolił nam na korespondencję. Pragnę kontynuować w dalszym ciągu kurs biblijny...” 

Pastor R. Witek uzyskał zgodę naczelnika Z.K., i kontakt został odnowiony. Płynęły miesiące; Henryk coraz lepiej poznawał Słowo Boże i w więzieniu stawał się wiernym świadkiem Jezusa Chrystusa. Do Ośrodka Kształcenia Biblijnego napłynęły zgłoszenia na kurs od osób zainteresowanych przez niego.

Jesienią 1988 znalazł się w szpitalu więziennym w Bytomiu, gdzie dokonano operacji lewego oka. Jednak nie dało to wielkiego rezultatu. Przy okazji okazało się, że – była to opinia lekarzy więziennych – operacja prawego oka jest bezcelowa; „zrobiono wszystko, co było możliwe, nawet w warunkach wolnościowych nic więcej nie da się zrobić, tak że do końca życia pozostało mi chodzić w takich okularach. Jestem wdzięczny Panu Bogu i za tę łaskę, że widzę tak, jak widzę. Bo przecież finał mógł być tragiczniejszy!” – napisał Henryk. 

Czas płynął – jednak za murami o wiele wolniej. W listach Henryka pojawia się coraz więcej tęsknoty za wolnością, za normalnym życiem ze społecznością wierzących.

„O godzinie 6.30 pobudka, ścielenie łóżek, wnoszenie tzw. kostki czyli odzieży i obuwia, które na noc wystawia się na korytarz. Apel poranny, śniadanie i wolny czas do obiadu. Potem znów od obiadu do kolacji, apel wieczorny i spanie. Dni spędzane tutaj są bardzo do siebie podobne. Zdarza mi się czasami, że tracę rachubę dni. W celi jest głośnik, który gra cały dzień. Od czasu do czasu idzie się na świetlicę gdzie jest telewizor. Ja z tego przywileju nie korzystam, ponieważ oczy nie pozwalają. Czytam więc Pismo Święte, czekam na wiadomości od Ciebie, teraz znów będę miał zajęcie przy lekcjach kursu, czytam „Ducha Czasów”– i tak wygląda życie tu za murem. Nie jest ono jak sam widzisz ciekawe. Boże! Czy ja kiedyś stąd wyjdę?! Chciałbym być z Wami, móc chodzić swobodnie ulicami, brać udział w nabożeństwach w Sabat. Przydać się komuś, robić coś pożytecznego!...”

„...Późnym wieczorem, gdy jest już cisza nocna, rozmyślam o nowym życiu, tam, za murem. Głęboko wierzę, że gdy doczekam się opuszczenia tego przybytku, do końca swego życia będę chodził drogą Bożą. Zdaję sobie sprawę, że pisanie pięknych słów, dawanie obietnic, nic nie kosztuje; można ślicznie pisać, a potem zupełnie źle postępować. Lecz ja gorąco wierzę, że Dobry Bóg dopomoże mi, a mój Zbór nie pozostawi mnie własnemu losowi, lecz będzie szlifował mój charakter także na wolności. Bo ja pragnę już na zawsze być dzieckiem Bożym, wiernym Bogu i Kościołowi.” 

Jest zdyscyplinowany i konkretny. Uważnie słucha tego, co się mówi do niego; doświadcza siebie i analizuje pobudki i intencje. „Dziękuję Ci, że każesz mi patrzeć na świat realistycznie” – pisał do pastora R. Witka.

– „Wiem, że człowiek jest istotą słabą i nie wszystko, co zamierza, doprowadza do skutku. Pragnę Cię jednak nie zawieść i modlę się o to. Głęboko wierzę, że Dobry Pan dopomoże mi, i po wyjściu nie przybiorę skóry kameleona. Pragnę moje obecne postanowienia i marzenia zamienić z pomocą Pana Jezusa na czyny! Dla Jego chwały, dla radości współwierzących w Kościele, którzy mnie – mordercę i wyrzutka – przyjęli! ... Jak by nie było, do końca kary pozostało mi jeszcze długich 16 lat! Jestem przygotowany na to, że wychodząc na wolność będę miał 48 lat. Ale teraz, gdy Bóg jest ze mną, nie przeraża mnie to. Wiem jedno, i to jest najważniejsze: pragnę da końca mojej pielgrzymki na tym świecie czynić dobro i choć w części naprawić swe poprzednie, złe życie, które doprowadziło mnie tutaj.” 

W maju 1989 r. zostaje przeniesiony do Z.K. w Bydgoszczy Fordonie: „Myślałem, że pojadę do Kluczborka. Byłbym bliżej Was, ale stało się inaczej...”

W Polsce wiele się w międzyczasie zmienia, można odwiedzać więźniów! Wykorzystujemy tę okazję. Zborownicy z Bydgoszczy mogą bywać u Henryka w niedziele. Henryk ożywa, tym bardziej, że widzi efekty swojej pracy ewangelizacyjnej: „Znaleźli się ludzie, którzy chcą słuchać Słowa Bożego. Nie ukrywam, że sprawia mi to wielką radość!”

Ale pogarsza się ogólny stan jego zdrowia. Lekarz stwierdza „plamy na szczytach płuc”. Trafia do szpitala w Potulicach; początki gruźlicy. 

Intensywna terapia podjęta na samym początku choroby sprawiła, że po kilku miesiącach zagrożenie minęło. W dniu 28. listopada 1990 r. Henryk opuszcza szpital w Potulicach. Jest na powrót w Fordonie. Możemy go odwiedzać coraz częściej. Dochodzi do pierwszego, bezpośredniego spotkania z pastorem Romanem Witkiem.  Listy, bezpośrednie kontakty, rozmowy. Długie i szczere, chwilami dramatyczne, a przecież serdeczne. Henryk marzy o przepustce, co pozwoliłoby mu odwiedzić któryś ze zborów i – po raz pierwszy – uczestniczyć w sobotnim nabożeństwie. Czas płynie. Mija 1990 rok. Henryk dojrzewa duchowo i podejmuje decyzję przyjęcia chrztu. W liście do pastora R.Witka z dnia 18 stycznia 1991 r. pisze m.in.:

„...Bardzo pragnę, abyś do mnie przyjechał. Otrzymałem przepustkę, ale nie mogę jej wykorzystać, gdyż ktoś musi mnie stąd odebrać. Na Wielkanoc miał przyjechać Jacek. Nie przyjechał. Mama jest w podeszłym wieku, chora – też nie mogła. Więc zwracam się do Ciebie (...). Jak już wcześniej pisałem, ze szpitala przyjechałem 28.11.90 r. Trafiłem akurat na kurs orientacji przestrzennej dla ociemniałych i niewidomych. Kurs ukończyłem, w tym miesiącu stawałem na komisję i otrzymałem podgrupę R 3 oraz przyznano mi przepustkę nagrodową na 5 dni! Jest to największa nagroda. Pragnę w te dni być z Wami! (...) Pragnę również przyjąć chrzest i żyć tak, jak nakazał Bóg...”

Data 28 marca 1991 r. jest dla niego przełomowa. Władze więzienne udzielają mu pięciodniowego «urlopu». Odwiedza zbór w Bielsku-Białej. Odwiedza również rodzinę w Tomaszowie Mazowieckim.  Widoczna i trwała zmiana w postawie i zachowaniu skazanego zwraca uwagę. Władze więzienne nabierają do Henryka zaufania. Sugerują mu, a on nam, żebyśmy wystąpili o stałą, comiesięczną przepustkę na 24. godziny, w celu uczestniczenia w nabożeństwach. Tak się też dzieje. Odtąd raz w miesiącu Henryk jest «pobierany» przez kogoś ze zboru w Bydgoszczy w piątek wieczorem i «oddawany» w sobotę wieczorem.

„... Uczestniczyć w nabożeństwach i być w gronie wierzących to cudowna rzecz! Jestem absolutnie przekonany, że droga, którą poznałem, doprowadzi mnie do zbawienia, a wcześniej pozwoli, choć jeszcze kilka lat pożyć uczciwie na tym świecie. Bez Boga skończyłbym z sobą na szynach kolejowych... Teraz, dzięki temu co poznałem, uświadamiam sobie, że wszelkie zło, jakiego się dopuściłem, wyniknęło stąd, że nie wierzyłem w Boga i nie miałem jasno wytkniętego celu. Wiem, że wielu ludzi patrzy teraz na mnie, obserwuje zmianę mojego życia i uśmiechają się ironicznie („Popełnił zbrodnię, a teraz udaje świętego z tą swoją Biblią!”). Odczułem to już nieraz. Ludzie nie mogą zrozumieć i uwierzyć, że ja nie ze strachu ani z wyrachowania uwierzyłem w Boga, ale uwierzyłem w Niego dlatego, że Go poznałem! A poznałem Go jako kochającego Boga i Ojca. To przecież Jego miłość wyrwała mnie śmierci – niemal ze stopni szubienicy przywrócił mnie życiu, przebaczył wszystkie moje grzechy, obdarzył nadzieją i pewnością zbawienia! Podał mi rękę i dał jeszcze szansę na poprawę. Zaufał mi, a ja gorąco pragnę nie zawieść jego zaufania!...”  

W lipcu 1991 r. uczestniczy po raz pierwszy w Zjeździe Krajowym Członków i Sympatyków Kościoła oraz w Zlocie Młodzieży w Spale. Po powrocie dzieli się swymi wrażeniami, ale zarazem odbywa zasadniczą «spowiedź» swego życia:

 „... Jestem bardzo szczęśliwy, że mogłem uczestniczyć w naszym Zjeździe, i że poznałem wielu nowych Braci i Sióstr. Czułem się tak, jak czuje się człowiek w naprawdę kochającej się Rodzinie. To cudowna rzecz, wspólnie przebywać i wspólnie chwalić Boga! Na tym zgromadzeniu coś się stało w moim sercu. (...) Postanowiłem Ci Bracie szczerze napisać o sprawach, których jeszcze nie znasz. Wcześniej długo się nad tym zastanawiałem, brakowało mi odwagi i wstydziłem się. Pisałem wiele o sobie, szczerze mówiłem o złych rzeczach, jakie się zdarzyły w moim życiu. Jednak nie pisałem wszystkiego, brakowało mi odwagi i bardzo się wstydziłem. Obawiałem się, że odsuniesz się ode mnie, że nie będziesz widział dla mnie ratunku... Dzisiaj nie mogę już nic ukrywać, muszę otworzyć przed Tobą serce i powiedzieć o wszystkim...”

Pisze o sprawach przykrych, bolesnych, a chwilami haniebnych. Czytając odnosi się wrażenie, że postanowił wyrwać z korzeniami całe zło, jakie gęstą siecią oplotło jego wciąż tak przecież młode życie:

„... To właśnie chciałem z siebie wyrzucić – kończy. Bardzo ciężko było mi to wszystko na nowo odtworzyć, lecz zrozumiałem, że tego życzył sobie Bóg. Pragnąc pojednania z Bogiem, muszę być czysty i szczery. Pragnę z całego serca, z całej duszy być innym człowiekiem, i wiem, że jest to możliwe z Bożą pomocą. Pragnę by woda chrztu świętego, do którego pragnę przystąpić z wiarą i pełnym oddaniem, oczyściła mnie doskonale – cały mój umysł, serce i całe życie. W Bogu, a także w Was, Kochani Bracia, jest moja jedyna nadzieja i pewność, że będę w przyszłości normalnym człowiekiem, który wielbi Boga i swymi czynami udowadnia to. Błagam Was, zrozumcie mnie i nie opuszczajcie! Nauki Boże, jakich mnie nauczyliście i Wasza miłość do mnie, są mi bardzo potrzebne! Po tym wszystkim – i mimo tego wszystkiego, co uczyniłem w moim życiu, pragnę być dzieckiem w Rodzinie Bożej”.  

W odpowiedzi pastor R. Witek napisał m.in.: „Postąpiłeś słusznie, pisząc szczerze o wszystkim, co kamieniem legło na Twoim sumieniu. Jest oczywiste, że przed odpuszczeniem grzechów – co dzieje się w wodzie chrztu – powinno nastąpić ich wyznanie. Wybrałeś mnie, i dobrze uczyniłeś. Ale pamiętaj, że wszystkie grzechy należy wyznawać Bogu. – To On, i tylko On, odpuszcza grzechy i oczyszcza doskonale w krwi Jezusa Chrystusa! Dopuściłeś się istotnie rzeczy złych – potwornych i haniebnych! Chociaż zabrzmi to dla Ciebie przykro, lecz dobrze się stało, że dosięgła Cię ręka ziemskiej sprawiedliwości. W ten sposób Bóg dał Ci szansę. Skorzystałeś z niej, i za to chwała Bogu. Cokolwiek stanie się jeszcze w Twoim życiu; czy skrócą Ci wyrok, czy też nie, wygrałeś to, co najważniejsze – życie wieczne! (...) Teraz, gdy jesteś świadomy tylu spraw, staraj się uświadamiać innych i pomagaj im, by i oni mogli się nawrócić do Boga całym sercem. To jest zadanie, które na najbliższe lata stawia Bóg przed Tobą!...” 

Zbliżała się chwila chrztu Henryka. Uzgodniliśmy, że stanie się to w Bielsku, w czasie jego pięciodniowej przepustki, gdy będzie wśród nas. W jego listach dominuje już tylko ten temat:

 „... Kilka dni temu stawałem na komisję penitencjarną. Jest to półroczna ocena mojego postępowania. W nagrodę otrzymałem 24-godzinną przepustkę. Pan Naczelnik jest zainteresowany naszym Kościołem oraz moją decyzją chrztu świętego. Sporo rozmawialiśmy na ten temat. We wrześniu na pewno otrzymam 5 dni przepustki. Brat Marian był u mnie 11 sierpnia. Spędziliśmy miłe i pożyteczne chwile. Na najbliższą, 24-godzinną przepustkę pojadę do niego i w Sabat do zboru w Bydgoszczy. Bracie, bardzo się cieszę, że załatwiłeś mi tę najważniejszą dla mnie sprawę – sprawę chrztu. Jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy, choć zdaję sobie sprawę, co to znaczy. Pragnę żyć tak, jak nakazał Pan i Zbawiciel Jezus Chrystus. Uchwyciłem się «pługa» i nie chcę już nigdy go puścić ani się oglądać do tyłu. To jest mój cel i sens przyszłego życia. Gorąco Ci Bracie dziękuję, że miałeś dla mnie tyle serca, cierpliwości i miłosierdzia, że prowadziłeś mnie przez te wszystkie lata, a teraz mogę z Twoją pomocą zostać ochrzczony! Chwała Bogu za wszystko!...”

 „W ostatnim czasie Pan Naczelnik zdecydował, że na wszystkie przepustki mogę chodzić sam, obojętnie czy są one 24- godzinne czy 5. dniowe.(...). Jakże smakuje wolność!...”  

Henryk przygotowuje się do chrztu. W międzyczasie w jego zakładzie karnym pojawiają się dziennikarze, którym wolno już przekazywać relacje «z tamtej strony muru». Dziennikarka „Wprost” robi wywiad z Henrykiem, który ukazuje się drukiem. Eksponuje w nim dwie szczególnie sprawy; zmianę osobowości, co dokumentuje jego kartoteka, i opinia władz więziennych, zdumionych zmianami jakie zaszły w skazanym, oraz wyjawione marzenie Henryka – „Muszę się wiele nauczyć. Chciałbym się przygotować do pracy duszpasterskiej, szczególnie wśród więźniów. A może mógłbym zostać pastorem?...” Pisze także o jego silnym emocjonalnym związku z pastorem R. Witkiem.

Wieczorem, 26 września 1991 r. ktoś zadzwonił do naszych drzwi. Otworzyłem. Drzwi wypełniał swoją ogromną posturą Henryk. Za nim, dziwnie niepozorny mimo swojego wysokiego wzrostu stał pastor Roman Witek. Zaraz przeszli do sprawy. Henryk pragnie zostać ochrzczony jeszcze dziś. Oprócz wielkiego pragnienia, ma jeszcze jeden powód – prawie całe jego ciało pokrywają olbrzymie, w kiepskim guście tatuaże. Nie chce by to zwracało czyjąś uwagę. By gorszyło. Chrzest traktuje jak najbardziej osobiste, intymne przeżycie. Nie ma znaczenia, że będzie sam, a uroczystość nie będzie miała zwyczajowej, uroczystej oprawy.

Krótkie nabożeństwo w naszym domu z udziałem małej grupki wierzących. Prowadząc je, miałem świadomość wyjątkowości tej chwili. Wszyscy głęboko je przeżyliśmy. Około godziny 22. wyjechaliśmy nad wodę.

Chrzty w okolicy Bielska odbywają się zazwyczaj w Wapienicy, w niewielkim zbiorniku płynącej wody. Tam pastor R.Witek i Henryk weszli do wody. I tam Henryk Wolnicki, kiedyś złoczyńca i skazaniec (KS!), obmył swe winy w krwi Jezusa Chrystusa i oddał się na resztę swego życia Bogu. W najbliższy Sabat, w czasie uroczystego nabożeństwa, przyjął akt Wkładania Rąk, który jest znakiem napełnienia Duchem Świętym. Bóg posilił swego nowonawróconego syna, by nowe jego życie wypełniły inne treści.

Wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze, ile mu tego życia pozostało. Dziś wiemy, że niewiele. Od chwili chrztu i wkładania rąk, życie Henryka określają zasadniczo dwie sprawy; radosne świadectwo o swoim nawróceniu, które składa wśród współwięźniów, i pogłębianie wiedzy biblijnej. Prosi pastora R. Witka o walkmana ze słuchawkami, aby – nie przeszkadzając innym – mógł słuchać nagrań wykładów i traktatów teologicznych, podobnie jak pieśni czy nabożeństw nagrywanych dla niego. Wypożyczamy mu wartościowe książki, które służą do samokształcenia. Henryk zdobywa wiedzę biblijną, świadczy o zba­wieniu w Chrystusie innym więźniom. W efekcie tej pracy pojawiają się nowi zainteresowani – nowi uczestnicy korespondencyjnych kursów biblijnych. 

W zakładzie karnym ma już ustabilizowaną opinię. Otrzymuje maksymalną ilość przepustek. 24-godzinne spędza w zborze bydgoskim i rodzinie br. Mariana Lachowskiego, zaś na 5-dniowe przyjeżdża prawie regularnie do Bielska-Białej, do domu pastora R. Witka. Mamy wówczas możliwość bezpośrednich rozmów. Słuchamy o życiu więziennym. Ze swej strony dzielimy się z nim sprawami, jakimi żyje Kościół. Wspólnie snujemy plany na przyszłość.

Pojawia się szansa zwolnienia warunkowego. Henryk marzy o tym, a zarazem – boi się wolności. Ale coraz częściej marzy o normalnym życiu wolnego człowieka. W kolejnym liście do pastora Witka raz jeszcze wraca do swego chrztu oraz dzieli się marzeniami:

„... Czas, który spędziłem z Wami był pełen radości i miłości. Trudno mi wyobrazić sobie, bym się czuł tak dobrze nawet we własnej rodzinie. Wracając, w pociągu cały czas rozmyślałem nad Twoją Bracie rodziną, w której zauważyłem tak wiele miłości i zrozumienia. Łzy napłynęły mi do oczu, gdy pomyślałem, że przecież i moje życie mogło tak wyglądać... Pocieszeniem jest dla mnie tylko to, że po tak długim okresie błądzenia, trzymany na łańcuchu przez szatana, zostałem przez Chrystusa wyrwany z pęt diabelskich, i wprowadzony na cudowną, prostą drogę do życia wiecznego! Marzę o tym, i mam taką nieśmiałą nadzieję, że może i ja kiedyś będę mógł założyć rodzinę. Czas pokaże (...). Wierzę, że łaska Boga jest ze mną. Długo, prawie siedem lat zastanawiałem się nad tym, czy jestem gotów zawrzeć przymierze z Bogiem przez chrzest święty. Decyzja nie była łatwa. Wiedziałem dobrze, co to znaczy, że to nie jest zabawa, że Boga nie da się oszukać, że byłoby to ostatnie draństwo gdybym oszukiwał w tak ważnej sprawie. Chodzi przecież o moje wieczne życie! O nowe życie w Chrystusie, o całkowite porzucenie wszelkich nałogów – alkoholizmu, palenia papierosów, niemoralnego prowadzenia się i tym podobnych, Uczciwie wyznaję, że nie było to takie proste, tym bardziej, że przez większą część mego dotychczasowego życia byłem zdemoralizowany, i takie też prowadziłem życie.

Ale Bóg podpowiedział mi, że już czas, że nie mogę dłużej czekać, że jestem już dość świadomy i odpowiedzialny za swą wieczność. Uświadomiłem sobie w całej pełni, że Bóg posłał swego Syna dla mojego zbawienia, a krew Jezusa Chrystusa została wylana na oczyszczenie mnie z grzechów. Mam całkowitą pewność, że Bóg mi przebaczył, i w krwi Chrystusa zupełnie obmył mnie z win i przestępstw. Że należę do Niego. Całkowicie i nieodwołalnie.

 Dzień 26. września 1991 r. był tym upragnionym dniem mego pojednania z Bogiem. Pamiętasz Bracie? Byłem gotów, wiedziałem, że Bóg powołał mnie abym Mu służył. Była godzina 22.00 kiedy znaleźliśmy się nad wodą. Było ciemno i wiał halny wiatr. Było nas pięciu. Ty Bracie, bracia Stanisław i Rafał Kosowscy, brat z Ukrainy, i ja. W sercu miałem wielką radość. Pomimo ciemnej nocy napełniony byłem Bożą jasnością. Pamiętam, że wchodząc do wody cały drżałem. Nie z zimna, bo go nie odczuwałem, ale w tym momencie czułem z całą mocą Ducha Bożego, który ogarnął mnie całkowicie! Wiedziałem, że gdy za chwilę wynurzę się z wody, będę dzieckiem Bożym, człowiekiem nowonarodzonym, któremu Bóg przez świętą krew Jezusa Chrystusa, przebaczył wszelkie grzechy. Był to najszczęśliwszy dzień w moim życiu!...”

 Henrykowi ciąży odległość. Ale pojawia się szansa przeniesienia do Bielska-Białej lub do Raciborza, a to tylko 80 km od Bielska. Pastor R. Witek podejmuje starania. Niestety, to okazuje się niemożliwe. Pojawia się kolejna szansa. Henryk pisze:

„Tutaj w Fordonie jestem już kilka lat, wszyscy mnie znają i mam dobrą opinię. Ja bym to widział tak, myślę teraz o szansie ułaskawienia, gdybyś był w stanie skontaktować się z p. Naczelnikiem Henrykiem K. i z nim porozmawiać na mój temat, aby on wystąpił z wnioskiem do Prezydenta RP o ułaskawienie, a Ty z ramienia Kościoła byś napisał oficjalne pismo w tej sprawie. Także ja chcę napisać prośbę. Te trzy prośby należałoby wysłać razem do Prezydenta, który może mnie ułaskawić, bo z ułaskawienia dotąd nie korzystałem. Wyrok śmierci zmienił mi Sąd Najwyższy w czasie rozprawy rewizyjnej. Nie ma więc przeszkód, by prosić teraz o ułaskawienie...” 

Prośbę Henryka pastor Witek wniósł do Rady Kościoła. Opinia była pozytywna i do Prezydenta RP zostało wystosowane odpowiednie pismo. O ile wiemy, podobne pisma-prośby wniósł p. Naczelnik, sam zainteresowany, i jego matka.

Pismo z dnia 24.02.1992 r. na szablonowym powielonym druku sucho informowało: „Biuro prawne Kancelarii Prezydenta RP zawiadamia uprzejmie, że pismo Pana(i) z dnia 18.02. (data wpł.) zgodnie z art. 498 par.3 kodeksu postępowania karnego, zostało przesłane Prokuratorowi Generalnemu, skąd należy oczekiwać odpowiedzi.”

Z kolei Prokurator Generalny na podobnym druczku napisał w dniu 6.03.1992r. że „Kancelaria Prezydenta RP przekazała do Ministerstwa Sprawiedliwości prośbę Pana(i) w sprawie o ułaskawienie, nie wydając zalecenia wszczęcia postępowania o ułaskawienie...”, jednak „W związku z tym, prośba Pana (i) zgodnie z obowiązującymi przepisami prawa (art. 493 kpk) przekazana została Sądowi Wojewódzkiemu w Krośnie, w celu podjęcia decyzji dotyczących dalszego biegu postępowania o ułaskawienie...”.

Sąd w Krośnie pismem z dnia 11.06.1992r. poinformował: „Prośbę skazanego w przedmiocie o ułaskawienie postanowieniem tut. Sądu z dnia 8.06.1992r. pozostawiono bez dalszego biegu.” 

Reakcja Henryka na tę decyzję jest spokojna: „...No cóż, cieszyć się nie ma czym, smucić również, bo cóż to pomoże. Widocznie tak musi być. Wierzę jednak, że Dobry Bóg ma mnie w Swej opiece, i to On ostatecznie zadecyduje o dalszym moim losie. Najważniejsze, że idę Jego drogą, Bożą drogą ku zbawieniu, i z tej drogi już mnie nic nie zawróci! Poza tym u mnie wszystko w porządku. Przeczytałem już wszystkie książki, jakie mi pożyczyłeś, a obecnie studiuję Słowo Boże, które jest dla mnie tak cenne. Nie zapominam o gimnastyce, i tak czas jakoś leci. Myślę, że na 25. czerwca będę mógł otrzymać przepustkę, tak, że 26. rano będę już u Ciebie...” 

Henryk pozostał w więzieniu, i jedynym – ale jakże ważnym! – przywilejem były przepustki, które umożliwiały stały, comiesięczny kontakt. Dzięki za to Bogu! Bezpośredni przełożeni Henryka, znający go na co dzień, okazali się łaskawsi! W jednym z listów Henryka, jego wychowawca. p. Marzena J. napisała do pastora R. Witka: „...Chciałabym Panu bardzo podziękować za opiekę nad nim i danie ogromnej szansy na ustabilizowanie jego życia!”  

Kolejne miesiące, układające się w lata. Nadszedł kwiecień 1993 roku. W czasie przesuwania mebli w celi, Henryk bardzo boleśnie uderzył się w kolano. Noga spuchła i ból się nasilał. W końcu stał się nie do zniesienia. Wizyta u lekarza więziennego, który lekko potraktował przypadek, przepisując jakieś tabletki przeciwbólowe. Henryk przyjeżdża do Bielska na przepustkę, i musi szukać pomocy u lekarza «cywilnego» w Cieszynie, któremu noga się nie podoba. Przepustka się kończy i wraca do Fordonu. Bóle potęgują się i pacjent zostaje skierowany do szpitala więziennego w Bydgoszczy. 

List z dnia 19 maja 1993 r.: „...Wczoraj. tj. 18. maja byłem w szpitalu więziennym w Bydgoszczy. Przygotowany już byłem psychicznie, że spędzę tam ze dwa miesiące. Okazało się jednak, że lekarz na poczekaniu zrobił mi zabieg. Dał zastrzyk znieczulający i ściągnął wodę z kolana. Pomimo zastrzyku bardzo bolało. Najgorzej było po zabiegu, gdy przestał działać zastrzyk. Myślałem, że nie wytrzymam, taki ból. Lecz jakoś to zniosłem, przy pomocy jakichś bardzo mocnych środków przeciwbólowych. Za dwa tygodnie mam jechać na kontrolę...”

 30 maja: „...A co do tej mojej nogi, to niby wszystko jest w porządku, lecz nadal mam takie bóle, jak wtedy co byłem u Ciebie. Cały czas jestem faszerowany tabletkami przeciwbólowymi i antybiotykami. Pielęgniarka mi powiedziała, że przyszedł wynik z laboratorium, gdzie badali tę wodę z kolana, że miałem szczęście i jest wszystko w porządku. Nie wiem tylko, dlaczego tak strasznie boli. W zasadzie jestem wytrzymały na ból, ale ten przekracza moją wytrzymałość. 1.06. jeżeli tylko będzie samochód, pojadę na kontrolę...”  

Henryk przyjeżdża na kolejną przepustkę, ale już nie może chodzić. Wizytę u lekarza w Tomaszowie Mazowieckim tak opisuje: „Nie byłem w stanie przyjechać do Bielska w niedzielę. tj, 6.06.br. ponieważ noga strasznie boli. Tak jak Ci pisałem, 18 maja byłem w szpitalu więziennym u chirurga. Po prześwietleniu zrobił mi zabieg, ściągając wodę. 1.06. pojechałem do tego samego szpitala. Lekarz obejrzał nogę i stwierdził, że już wszystko jest dobrze, że co miał zrobić, to już zrobił. Powiedziałem, że przecież noga jest bardzo opuchnięta i strasznie boli, muszę wciąż brać tabletki przeciwbólowe. Wtedy stwierdził, że musi boleć i przepisał lampy do naświetlania. Ale takich lamp w Z.K. w Fordonie wcale nie ma. Czwartego października przyjechałem na przepustkę do mamy i poszliśmy do szpitala. Portier nie chciał nas wpuścić, że lekarza nie ma. Dałem mu 30 tys. i od razu lekarz się znalazł. Opowiedziałem mu wszystko, całą tę historię o nodze i że jestem na przepustce. Zbadał i stwierdził. że uszkodzona jest łękotka i dlatego kolano jest zablokowane. Kazał się zgłosić w poniedziałek o 8. jak będzie pan ordynator. (....) Ordynator, jak się dowiedział, że jestem na przepustce, w ogóle nie chciał rozmawiać. Dopiero, gdy dostał w łapę, od razu mnie przyjął. Napisał mi zaświadczenie, że muszę leżeć w szpitalu na obserwacji i prawdopodobnie trzeba będzie robić operację. Kazał mi się postarać o przerwę w karze i powiedział, że jak ją dostanę, to mi zrobi operację...”  

Kolejne miesiące wypełniły pastorowi R.Witkowi starania o uzyskanie dla Henryka przerwy w odbywaniu kary ze względu na stan zdrowia. Chodziło o to, by mógł się leczyć w wolnościowym szpitalu, który dawał większą szansę wyleczenia. Telefony, listy, listy, telefony...

I stała odpowiedź: „Nie ma takiej potrzeby. Wyleczymy go w szpitalu więziennym!” W związku z pogarszającym się systematycznie stanem zdrowia, ogromnym bólem i niemal żadną opieką lekarską, Henryk składa zażalenie do Sądu. W dniu 11. października – gdy chory cierpi już od siedmiu miesięcy! – Sąd Wojewódzki w Bydgoszczy, Wydział Penitencjarny wydaje postanowienie: „...w sprawie odmowy przerwy w karze Henryka Wolnickiego, syna Włodzimierza i Danuty skazanego wyrokiem Sądu Wojewódzkiego w Krośnie z dnia 10 marca 1982 r. (...) po wysłuchaniu prokuratora, który nie popierał zażalenia na mocy art. 68 par. 1 kkw oraz art. 25 kkw postanowił: zażalenie nie uwzględnić i zaskarżone postanowienie utrzymać w mocy. Uzasadnienie: Z orzeczenia lekarskiego Komisji lekarskiej przy Areszcie Śledczym w Bydgoszczy z 12.07.1993 r. wynika, że rozpoznana u skazanego dolegliwość (wysiękowe, przewlekłe zapalenie lewego stawu kolanowego) może być leczona w warunkach więziennych. Ponieważ nie jest nieodzowne udzielenie mu przerwy w karze, to postanowiono jak na wstępie”.

W ślad za tym postanowieniem Sądu, Henryk dostaje się do szpitala więziennego na Rakowiecką w Warszawie. Zostaje tam przewieziony w dniu 26.10.1993 r. Znamienna jest opinia warszawskiego lekarza, którą cytuje w liście:

„... Lekarz, gdy mu opowiedziałem o leczeniu w Bydgoszczy, po prostu śmiał się, że tam są «takie gamonie». Powiedział, że konieczna jest operacja. Oświadczyłem, że wyrażam na nią zgodę, bo już nie mogę wytrzymać z bólu”.

Ale tutaj zamiast się skończyć, męka Henryka dopiero się zaczęła. Otrzymaliśmy list z dnia 18 listopada 1993 r.: „...Dostałem narkozę dożylną i gdy się ocknąłem, leżałem na stole operacyjnym w gipsie od kostki po pachwinę. Ból był okropny. lecz zaraz dostałem silny zastrzyk przeciwbólowy. Okazało się, że jak lekarz otworzył nogę ze strony wewnętrznej kolana, tam była sama galareta, czyli skrzepła krew i ropa. Po oczyszczeniu, w dalszym ciągu pod narkozą, na siłę noga została wyprostowana i włożona w gips. Pierwsze pięć dni po operacji miałem straszny ból! Jeden wielki koszmar! Co osiem godzin otrzymywałem zastrzyki dożylne przeciwbólowe – nie zmrużyłem oka, w żaden sposób nie dało się zasnąć. Nie pomogły żadne tabletki nasenne. W końcu, w piątym dniu dostałem jakiś zastrzyk i się zdrzemnąłem. Ale co się stało. Otóż w nocy zerwałem się, wyrwałem z żyły aparacik, przez który dawano mi zastrzyki dożylne i zacząłem ściągać gips. W pewnym momencie się ocknąłem i chwilowo nie wiedziałem gdzie jestem, a ponieważ sale są do połowy wysokości wyłożone białymi kafelkami, skojarzyło mi się, że leżę w kostnicy. Dopiero po paru minutach doszedłem do siebie. Miałem wysoką gorączkę i ten zastrzyk tak mnie otumanił...”

Płyną kolejne miesiące. Henryk miota się między nadzieją („Jest jakby trochę lepiej. Lekarze dają nadzieję na zupełne wyzdrowienie”), a krańcową rozpaczą („Strasznie boli! Kiedy się to skończy? Żadne środki na dłużej nie łagodzą bólu. Boli i całkowicie od tych tabletek «wysiadł» mi żołądek! Nie śpię od wielu nocy! Boję się, że z tego nie wyjdę!”) 

I znów telefony, rozmowy z lekarzem prowadzącym zabiegi, aby zawnioskował o przerwę w karze dla Henryka, by mógł się leczyć w szpitalu wolnościowym. Na próżno („My sobie z tym damy radę”)!...

 List z dnia 14.12.1993 r. „... Był profesor ortopeda, który pracuje w klinice wolnościowej i oglądał moją nogę. Kręcił nosem, wspominał o drugiej operacji, która jest bardzo skomplikowana. W końcu powiedział, żebym dużo ćwiczył tzn. naprężał nogę, że może samo przejdzie po antybiotykach. I to było wszystko, czego się dowiedziałem. Noga trochę sklęsła, ale nadal strasznie boli. Dostałem już tyle zastrzyków, że już brakuje mi miejsca, mam straszne zrosty. (...) Najgorsze są noce, wtedy mam i gorączkę i podwójny ból. Jak usnę na godzinę lub dwie, to góra. Resztę przesiedzę na łóżku jęcząc...”

W marcu 1994 r. w niemal rok od początku choroby, odwiedzam Henryka z pastorem Witkiem w szpitalu więziennym przy Rakowieckiej w Warszawie. Po krótkim oczekiwaniu widzimy jak z trudem, o kulach zbliża się do nas. Przeżywam wstrząs! Ogromny był zawsze, ale teraz jest wybitnie szczupły, co czyni go jeszcze wyższym. W twarzy i całej postaci zastygł wyraz cierpienia... Na szyi, plecach i ramieniu ma zgrubienia, guzy wielkości jaja. To nie boli, ale gdy przed krótkim czasem lekarz przeciął jeden z nich, wypłynęło mnóstwo cuchnącej ropy...

Rozmawiamy swobodnie – dano nam coś w rodzaju izolatki, poza zasięgiem oczu strażników. Jego obsesją jest ból, marzy, aby się od niego uwolnić. Jeszcze trochę ufa lekarzom, ale o stosowanej terapii i warunkach, opowiada rzeczy, od których włos jeży się na głowie. Powraca temat przerwy w karze, by mógł się leczyć na wolności. Dziwne: gdy po półtorej godzinie rozstajemy się, uświadamia sobie nagle, że na ten czas ból się usunął. Całkowicie. Po chwili jednak widzimy, że grymas cierpienia wraca na jego twarz. Wspierając się ciężko na kulach odchodzi i niknie za załomem korytarza...

Z tej wizyty wynosimy jednak nadzieję, że może uda się załatwić przerwę w odbywaniu kary; stara się o to bardzo wychowawca...  

Nagle nadchodzi wiadomość: Henryka zwalniają! I to w błyskawicznym tempie. Na wokandzie otrzymał przerwę. Można go odebrać na początku kwietnia!

Ze szpitala więziennego odbiera go i zawozi do Tomaszowa brat R. Stępień. Trafia do szpitala w tym mieście. Wkrótce szpital więzienny przesyła dokumentację choroby i nagle dowiadujemy się, że to... nowotwór trzustki! Groźny! Złośliwy! Już z przerzutami – guzy! 

Szok. Gorączkowe poszukiwania pomocy. On nie wie, że to jest to!

Szpital, w którym się znalazł, zdaniem Henryka nie robi dla niego nic. Obiecują przewiezienie do kliniki w Łodzi, albo przynajmniej konsultacje w niej. Wszystko to trwa. A ból coraz straszniejszy, którego podawany dożylnie dolargan nie jest w stanie nawet stępić skutecznie. Ból i bezsenność. Żołądek i wątroba zniszczone – to przecież już rok, a każdego dnia zjadał garść tabletek!

W tym momencie Henryk podejmuje drastyczną decyzję; jeżeli ma umrzeć, to wśród nas, współwierzących. Ale on chce żyć. Wciąż ma nadzieję, ale teraz lokuje ją bezpośrednio w Bogu. W Liście ap. Jakuba jest wszak podana rada: „Jeżeli ktoś choruje, niech zawezwie starszych zboru, niech się modlą nad nim, pomazując go olejkiem w imię Pańskie, a modlitwa wiary uzdrowi chorego i podniesie go Pan, a jeśli się dopuścił grzechu, będzie mu odpuszczone”.

Wiele razy uciekaliśmy się do tych słów, wiarą sięgając Bożych obietnic. Owszem, zgodnie z podstawową zasadą, jakiej nauczył Jezus Chrystus, przy każdej prośbie ostateczną decyzję oddając Stwórcy: „Bądź wola Twoja”!

Wiemy, że Bóg działa także poprzez lekarzy. W Ustroniu jest prywatna przychodnia specjalistyczna, prowadzone przez chrześcijańskiego lekarza, Henryka Wieję. Tam diagnozuje się najcięższe przypadki w ciągu jednego dnia. Zamawiamy termin.

Nie widząc perspektyw, Henryk decyduje się na wypisanie ze szpitala na własną odpowiedzialność, Na jego przyjęcie przygotowane zostało mieszkanie w Brennej u braterstwa Kocjan. We wtorek, 10. maja przywozimy go tam. I znów coś szczególnego: mimo, że nie mamy dolarganu (podawany pod ścisłą kontrolą!) ani innego środka przeciwbólowego, Henryk nie cierpi! Co więcej: jeżeli wcześniej żołądek nic nie przyjmował, teraz jest w staje zjeść – i zjada jałowe ziemniaki z chudym zsiadłym mlekiem. Niewiele, ale to już coś! I żołądek przyjmuje!

Zastanawiamy się, czy to już Boża interwencja, czy też reakcja psychosomatyczna: poczucie, że jest wśród bliskich sobie osób, nadzieja na ozdrowienie zmieniły reakcje organizmu? Mamy nadzieję, że tak dotrwa do wizyty w Ustroniu, ustalonej na najbliższy poniedziałek. 

Pierwszej nocy trochę śpi. Niespokojnie, często się budząc, ale śpi. Opiekujący się nim braterstwo: Bujokowie, Kukla i doraźnie inni, przeżywają trudne momenty, bo chwilami ból zaczyna powracać. Ale cofa się... jesteśmy obok. Czuwamy na zmianę.

Kolejna noc jest znacznie trudniejsza. Żołądek znów zaczyna się buntować. Na ciele Henryka, na węzłach chłonnych, kilka dalszych guzów; są zaczerwienione, napięte i bardzo bolesne! Nie mamy wątpliwości: przerzuty!

W czwartek, 12. maja wieczorem obrządek Wkładania Rąk: oddajemy zdrowie i życie Henryka w ręce Boże! Prosimy Dawcę życia, by sam zadecydował albo przywracając mu zupełne zdrowie albo skracając cierpienia. To jest już ponad ludzkie siły! Nasza gorąca prośba, ale przede wszystkim Jego wola, niech się wykona!

Tej nocy miałem przy nim dyżur. Około 22.00 zaczął się ostry kryzys. Osłabł i odczuwał ogromne pragnienie. Gotowałem cały czas herbatę z ziół, którą pił litrami i zaraz wszystko zwracał. To było koszmarne, tym bardziej, że w jakiejś chwili zorientowałem się, że wyrzuca więcej niż przyjmuje; do dziś nie wiem, co tej nocy z niego wyrwało.

Po północy przyszły straszne bóle. Z trudem, gdyż na chorą nogę nie mógł stąpnąć, dociągnąłem go do samochodu. Na pogotowiu w Skoczowie otrzymał silną dawkę dolarganu. Powrót. I znów to samo – straszne pragnienie i wymioty. Momentami Henryk zapadał w głęboki sen. Po 10.-15. minutach budził się z jękiem i wołał pić. Po godzinie powrócił ból. Wczesny świt zastał nas całkowicie rozbitych i wyczerpanych.

Pozostawiłem go pod opieką innych i pojechałem do pastora R. Witka. Razem udaliśmy się do stacji pogotowia. Był jeszcze ten lekarz, który przyjmował nas w nocy. Natychmiast wypisał skierowanie do szpitala w Cieszynie. Przewiozłem go tam w godzinach porannych.

Opieka, jaką otoczono Henryka na oddziale wewnętrznym, wyposażonym i prowadzonym przez Kościół Ewangelicki wprawiła nas w zdumienie. Opiekowano się nim niesłychanie troskliwie: kroplówki, co godzinę pomiar ciśnienia, kontrola płynów, błyskawiczne analizy, środki przeciwbólowe, itp., itd. I nade wszystko ludzie – personel otwarty, życzliwy, gotowy do wszelkiej pomocy! Opowiedzieliśmy im historię Henryka; wiedzieli kim był kiedyś, i co Bóg uczynił w jego życiu. Widzieliśmy, że przyjęli go tam nie jako pacjenta, ale jako brata w Chrystusie!

Henryk przebywał tam przez tydzień. Ordynator szczerze przedstawił sytuację; to już kwestia dni a może nawet godzin. Oni go zatrzymają i będą się opiekować troskliwie do końca. Odwiedzaliśmy go codziennie.  

W poniedziałek nagle przyjechała jego matka. W zasadzie głównie w celu, by wymóc na nas przewóz Henryka, gdy umrze, do Tomaszowa. N