MIECZ KSIĘCIA POKOJU


Nie mniemajcie, że przyszedłem by przynieść pokój, ale miecz. Bo przyszedłem poróżnić człowieka z ojcem jego, i córkę z matką jej, i synową z teściową jej. Tak to staną się wrogami człowieka domownicy jego.” (Mt 10,34.-36).

 Kiedy Izajasz w proroczym natchnieniu nazywa Mesjasza Księciem Pokoju (Księga Izajasza 9,6), ma niewątpliwie na myśli Jego dzieło przywrócenia pokoju między Bogiem a ludźmi, a także przywrócenie pokoju wśród ludzi wierzących Ewangelii. Bo taki właśnie był charakter posłannictwa i dzieła, jakie przez Swą śmierć wykonał Boży Pomazaniec, Jezus Chrystus. Jezus jest Księciem Pokoju. Gładząc na Golgocie grzechy, usunął tym samym przyczynę nieprzyjaźni (Księga Izajasza 59,1.2), i pojednał ludzkość z Ojcem. Odtąd, usprawiedliwieni w Jego krwi, w darze otrzymujemy Jego pokój: „Usprawiedliwieni tedy z wiary, pokój mamy z Bogiem przez Pana naszego, Jezusa Chrystusa.” (Rz 5,.1); „Pokój zostawiam wam, mój pokój daję wam; nie jak świat daje, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze i niech się nie lęka.” (Ew. wg Jana 14,27)

 Jest to najcenniejsza własność, błogosławiony stan człowieka. Ktoś, kto wewnątrz, w sercu i umyśle, jest napełniony pokojem, będzie w stanie znieść każde niepowodzenie i sprostać każdej, nawet bardzo trudnej i przykrej sytuacji.

Chrześcijanie pierwszych wieków, napełnieni pokojem Chrystusowym, potrafili spokojnie patrzeć w oczy swym sędziom, i cicho iść na śmierć, modląc się za swych prześladowców.

 Nie pokój, ale miecz!

 Brzmi to dziwnie, ale jest prawdziwe: Jezus Chrystus, Książę Pokoju, przyniósł światu nie tylko pokój, ale przyniósł zarazem miecz!

Bo Ewangelia łączy ludzi z Bogiem. Ale także dzieli ludzi – na tych, którzy są posłuszni jej wezwaniu, i na tych, którzy je odrzucają.

Podziały nie omijają rodzin; tam gdzie pojawia się Boża Prawda, dla ludzi nastaje czas decyzji. Duch Święty budzi serca i wlewa w nie żar Bożej miłości, który jak ogień spala rzeczy bezwartościowe, a wartości szlachetne przetapia i oczyszcza – jak złoto. Ale nie wszyscy to akceptują; poszczególne osoby wyznają różne systemy wartości. I wtedy, nieuchronnie, pojawia się konflikt.

O tym właśnie mówił Jezus: „Ogień przyszedłem rzucić na ziemię i jakże bym pragnął, aby już płonął... ”Czy myślicie, że przyszedłem, by dać ziemi pokój? Bynajmniej, powiadam wam, raczej rozdwojenie. Odtąd bowiem pięciu w jednym domu będzie poróżnionych; trzej z dwoma, a dwaj z trzema. Będą poróżnieni ojciec z synem, a syn z ojcem, matka z córką, a córka z matką, teściowa z synową, a synowa z teściową.” (Ew. wg Łukasza 12,49.51-53).

 Każde rozdarcie niesie z sobą cierpienie i ból. I każde wyzwala jakąś reakcję. Czasami reakcją jest pełne obrazy i wyrzutu milczenie, chłodny dystans. Ale są też reakcje gwałtowne i niszczące. Nie wszyscy potrafią zapanować nad swymi emocjami, a dziedzina spraw duchowych należy do niezwykle ważnych i drażliwych obszarów życia.

Pierwsi chrześcijanie, pochodzący z Żydów, doznali od swych współziomków wielu przykrości. Zostali uznani za odszczepieńców od religii ojców, i jako zwolennicy „fałszywego Mesjasza”, byli lżeni i potwarzami, a nawet bici i zabijani.

Zawsze był to dramat, bo przecież i prześladowcy mieli poczucie krzywdy, czuli się zawiedzeni i zdradzeni. Im także świat zawalił się na głowy! Taka sama sytuacja miała miejsce, gdy chrześcijaństwo zaczęło się rozszerzać na kraje śródziemnomorskie. Każdy, kto czytał Sienkiewiczowski „Quo vadis?”, mógł zobaczyć obraz tamtych czasów, splątane losy ludzkie i ludzkie dramaty. I tylko tam, gdzie serca wspólnie zabiły dla Ukrzyżowanego, rodziła się jedność – której nigdy wcześniej nie doświadczali w takim stopniu; tam powracał pokój.

 Nieraz jednak refleksja i upamiętanie pojawiały się zbyt późno, gdy już nie można było ani cofnąć, ani naprawić czegokolwiek. Wtedy pozostawał tylko żal.

Tak było kiedyś, tak jest i dziś. Bo myli się ten, kto sądzi, że czas prześladowań za wiarę należy do przeszłości. Prześladowania z powodu wyznawania Chrystusa nigdy się nie skończyły, i – ze zmiennym nasileniem i zasięgiem – trwać będą do końca. Co więcej, są one na wyciągnięcie ręki. Łatwo się o ich istnieniu przekonać. Równie łatwo ich doświadczyć. Wystarczy uwierzyć w naukę Chrystusa przedstawioną w Biblii i zacząć praktykować biblijne zasady wiary. Wtedy rusza lawina...

Oto młody chłopak zaczyna czytać Pismo Święte. I niemal natychmiast pojawiają się wątpliwości i podejrzenia reszty rodziny:

– „Co mu się stało? Czy on zgłupiał?

– „W takim młodym wieku zawracać sobie głowę takimi rzeczami?!”;

– „Od kogo się zaraził? Musimy się temu uważnie przyjrzeć!”

– „Ty, słuchaj, kto cię zaagitował?...

– „To te sekty są wszystkiemu winne, powinno się je wyplenić, a przywódców skazać na ciężkie roboty!”...

 Rodzice i rodzina, a także najbliższe otoczenie, gwałtownie sprzeciwiają się temu, by ich dzieci czytały Pismo Święte, a już, broń Boże, z innowiercami! Podejmują dramatyczne zabiegi i drastyczne środki, aby uniemożliwić im udział w spotkaniach modlitewnych, gdzie młodzi ludzie uczą się zasad Bożej moralności i etyki, by według tych zasad kształtować swoje życie.

Znamienne, że widok grup podchmielonych wyrostków, prowokacyjnie chodzących całą szerokością chodnika, wulgarnych i krzykliwych – jakoś nie budzi takich emocji. I kiedy np. demolowane są budynki, niszczone samochody, a nawet leje się krew, wtedy też podobno mieści się to w jakiejś «normie». Ale bezapelacyjnie na margines usuwani są ci, którzy na serio postanowili zbadać podstawy swojej wiary, bo poważnie traktują sprawę swego zbawienia!

Któryś z nowoochrzczonych młodych ludzi powiedział z goryczą:

– „Gdybym palił, pił, łajdaczył się – wszystko byłoby „w normie”. Ale, że czytam Słowo Boże i nie robię żadnej z tych rzeczy, jestem naznaczony. „

 Młoda dziewczyna od szkolnej koleżanki otrzymała Biblię. Czytając ją zaczyna dostrzegać, że ksiądz podawał jej do wierzenia wiele niebiblijnych nauk. Stawia więc pytania – rodzicom, rodzinie, księdzu. Są to niewygodne pytania, na które oni nie znajdują odpowiedzi. Z braku argumentów, stosują więc zakazy i nakazy:

– „Kończ z tym czytaniem! Zabraniam!”;

– „Podoba ci się, czy nie – marsz do kościoła!”.

Wątpliwości «załatwia» zdecydowane:

– „Nie wymądrzaj się i nie pyskuj! Za głupia jesteś by decydować, co jest słuszne, a co nie!”

Biada dziewczynie czy chłopcu, którzy się nie podporządkują. Rodzice przestają z nimi rozmawiać; z dnia na dzień wokół nich wyrasta mur niechęci i wrogości. Pełne wyrzutu spojrzenia, brak kontaktu, oskarżenia o brak serca, o brak szacunku... Nierzadkie są przypadki wyrzucania z domu:

– „Już nie jesteś naszą córką! Skalałaś honor rodziny. Nie pokazuj mi się więcej na oczy!..”.

Agresję rodziców potęguje otoczenie, bo przecież, w przeważającej mierze, chodzi o to, „Co powiedzą ludzie?!” A otoczenie jest bezwzględne: „Ktoś taki wśród nas? – Nie pozwolimy!”

 Padają oskarżenia – praktycznie biorąc, o wszystko.

Kto jest winien, jeśli w wiosce spali się stodoła? Wytłumaczenie w rodzaju, że to dzieci bawiły się zapałkami, w tym przypadku nie wchodzi w grę. Winni są innowiercy, a szczególnie tych kilku młodych ludzi, którzy od roku czytają Pismo Święte! To kara boska na nich i na społeczność wioskową, która ich toleruje!

Czas trudnych wyborów

 Sfera spraw duchowych jest niezwykle delikatna. Każdy, kto traktuje je poważnie, doświadcza różnorakich napięć i musi dokonywać trudnych wyborów.

Najpierw przecież jest osobiste, wewnętrzne przeżycie. Bo oto nagle, w zetknięciu z Biblią, którą przyjmuję jako Słowo Boże, Boży Głos, stwierdzam, że świat moich dotychczasowych wierzeń i przekonań – to wszystko, do czego przywykłem od dzieciństwa, co było moim własnym, zdawało się całkowicie pewnym i bezpiecznym światem – wali się w gruzy! Temu zawsze towarzyszy stres.

Teraz pojawiają się pytania o konsekwencje. Najpierw duchowe. Pytania i lęki, które budzi w sercu Duch Boży: Jaki jest Boży stosunek do mnie? A jak ja wyglądam w Jego oczach? Co On mi dał, a czego spodziewa się po mnie? Czy jest możliwa zmiana, a jeśli tak, to w jaki sposób ma się dokonać?

 Zaraz potem spadają na głowę problemy z najbliższymi. Bo moje zachowanie jest dla nich niepokojące i zupełnie niezrozumiałe. I trudno się temu dziwić, ja przebywam już w sferze oddziaływania Ducha Bożego, zaczynam rozumieć działanie Boże, a oni są tam, gdzie jeszcze niedawno byłem i ja – w sferze spraw niemal wyłącznie doczesnych. Oni przyzwyczaili się i są przekonani, że jeżeli codziennie «zmawiają pacierz», chodzą co tydzień do kościoła, spowiadają się raz w roku i przystępują do «sakramentów», to wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tak zostali ukształtowani, tego uczył ich ksiądz, w tym utwierdza ich dokładnie taka sama wiara i postępowanie tysięcy innych ludzi.

I nagle ktoś obok, często najbliższy człowiek, proponuje im rewolucyjne zmiany! Oni są przekonani, że czuwający nad ich duszami ksiądz, lepiej wie i odpowie za nich przed Bogiem; ja natomiast mówię im, że to nieprawda, że każdy sam musi się zatroszczyć o swoje zbawienie. A co więcej: ja im mówię i argumentuję, że ich dotychczasowi duchowi opiekunowie wprowadzili ich w błąd i zagrażają ich zbawieniu! Czy więc można się dziwić ich reakcjom? O sytuacji, jaka powstaje w tym momencie ap. Paweł napisał: „Człowiek zmysłowy bowiem nie pojmuje tego, co jest z Bożego Ducha. Głupstwem mu się to wydaje i nie może tego poznać, bo tylko duchem można to rozsądzić” (Pierwszy List do Koryntian 2,14).

– Ich reakcje, są miarą ich zagubienia i poczucia bezsilności. Nie wiedząc jak mają się znaleźć w tej zupełnie nowej sytuacji, reagują zaciętym milczeniem lub krzykiem, płaczem lub drwiną , a potem – gdy pierwsze środki nie skutkują – surowymi zakazami, nakazami i innymi sankcjami. Z nadzieją, że «ten szaleniec się opamięta»! Do opisanych wyżej przeżyć, należy dodać wewnętrzną duchowa walkę. Bo – co dla osób «z zewnątrz», dla których sfera duchowa jest niezrozumiała, znów będzie „głupstwem” – w sercu człowieka nawracającego się do Boga, toczy się walka; tam właśnie ścierają się Bóg i szatan. Jest to walka o wszystko, walka o wieczne życie i o wieczną śmierć! Szatan kusi tym, co może dać świat, a jeśli mu się to nie udaje – grozi i prześladuje. Używa do tego najbliższych – bo to jest najtrudniejsze i najbardziej boli (jak odmówić ojcu i matce, którzy proszą i zalewają się łzami, albo tak bardzo się denerwują, że może to zaszkodzić ich zdrowiu?)!

Ileż razy dzieci, które szczerze nawracają się do Boga, słyszą:

– Ty mnie nie kochasz!... jesteś okrutnym, wyrodnym dzieckiem!... Taką przykrość zrobić rodzicom! Jak możesz!... Wstydu nie masz!.., itp., itd.

Albo podobne słowa, skierowane przez dzieci do rodziców, którzy szukają Boga:

– Tak zgłupieć na starość!... Nie masz wstydu, jak my się teraz ludziom na oczy pokażemy!.., Nie żal ci wnucząt, które ludzie będą pokazywać palcami?.., itp., itd. Uczucia. Rozdarte i krwawiące. Rozbiegane i przerażone myśli. I słowa. Złe, bezmyślne, krzywdzące, okrutne słowa!

A pośród tego ktoś, kogo «winą» jest tylko to, że postanowił sprawdzić podstawy swojej wiary i nadziei zbawienia. A potem jeszcze to, że chce postępować zgodnie z przekonaniem i sumieniem. Że chce służyć Bogu według tego, czego się nauczył z Biblii. Bo to nieprawda. że wiara wzorowana na Słowie Bożym kradnie miłość dzieci do rodziców. Tak jak nieprawdą jest, że wierzący biblijnie rodzice mniej kochają i troszczą się o swe dzieci czy wnuki. Jest akurat odwrotnie. Ale ludzie uparcie nie chcą tego dostrzegać. I złe słowa padają nadal.

 Jezus Chrystus głosił potrzebę miłości. Zarzucił ustawodawcom Izraela, że pozwalali, a nawet umożliwiali złym synom i córkom, omijać Boże przykazanie, nakazujące troszczyć się o steranych życiem, starych rodziców  (por. Ew. wg Mateusza 15,3-6). Zarazem jednak powiedział, że nawet największa i najczulsza miłość ziemska musi dać pierwszeństwo miłości do Niego: „Kto miłuje ojca albo matkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien; i kto miłuje syna albo córkę bardziej niż mnie, nie jest mnie godzien”. A nawiązując do konieczności znoszenia ucisków i cierpień dla Prawdy, dodał: „I kto nie bierze krzyża swego, a nie idzie za mną, nie jest mnie godzien. Kto stara się zachować życie swoje, straci je, a kto straci życie swoje dla mnie, znajdzie je” (Ew wg Mateusza 10,37-39).

Pan Jezus udzielił też ostrzeżenia wszystkim, którzy ze względu na fałszywy wstyd i inne ludzkie względy, odrzucają Jego poselstwo łaski i miłości, i Jego drogę:

„Albowiem cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swej szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za duszę swoją? Kto bowiem wstydzi się mnie i słów moich przed tym cudzołożnym i grzesznym rodem, tego i Syn Człowieczy wstydzić się będzie, gdy przyjdzie w chwale Ojca Swego z aniołami świętymi” (Ew. wg Marka 8,36-38).

Jezus Chrystus przyniósł światu, i oferuje wszystkim ludziom, pokój z Bogiem. Ten pokój, który został okupiony Jego krwią. Do tego pokoju może wejść każdy, kto przyjmie Boże warunki i wejdzie na drogę zbawienia.

Jezus Chrystus przyniósł jednak i miecz. I zanim skończy się czas Bożej łaski, miecz ten podzieli ludzkość na dwie grupy, które staną przed Synem Bożym w Dniu Sądu (por. Ew. wg Mateusza 25,31-46).

– Błogosławiony, kto pozwoli, by Słowo Boże, które jest Mieczem Ducha, oddzieliło w nim to, co nie święte, od tego, co święte.

– Błogosławieni, którzy idą za Chrystusem w samozaparciu i zupełnym oddaniu dla Boga.