KRZYŻ CHRYSTUSA I NASZ


„... ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje z jego namiętnościami i pożądaniami.” (Gal 5, 24)

 Krzyż Chrystusowy jest najbardziej rewolucyjną sprawą, jaka kiedykolwiek pojawiła się wśród ludzi. Krzyż z dawnych, rzymskich czasów, nie znał kompromisu; nie dawał żadnych szans, nie dopuszczał ustępstw. Zwyciężał bezwzględnie, zabijając swych przeciwników, zmuszając ich do całkowitego milczenia. Nie oszczędził nawet Chrystusa, zadając Mu śmierć tak samo, jak tysiącom innych; zawieszono Go na krzyżu wciąż jeszcze pełnego życia, zaś po sześciu godzinach był już martwy. Takim okazał się być krzyż, gdy po raz pierwszy pojawił się w historii chrześcijaństwa.

Po zmartwychwstaniu Jezusa Chrystusa, Jego wniebowstąpieniu i zesłaniu Ducha Świętego, apostołowie rozpoczęli zwiastować Ewangelię. Treścią ich poselstwa był krzyż Chrystusowy, zaś owa „mowa o krzyżu” (1 Kor 1,18 BG), która dla ginących była i jest głupstwem, dla wiernych naśladowców Chrystusa stała się mocą Bożą, kruszącą ludzkie serca i zmieniającą ludzkie życiorysy. To właśnie radykalne poselstwo krzyża poraziło Saula z Tarsu, i z zawziętego przeciwnika Kościoła, uczyniło wierzącego i wiernego apostoła Ukrzyżowanego. Moc krzyża przekształcała ludzi, czyniąc z grzeszników dzieci Boże. To ona wstrząsnęła fundamentami pogaństwa, przemieniając mentalność i moralność świata zachodniego.

Wszystko to krzyż czynił tak długo, jak długo pozwolono mu pozostawać tym, czym był pierwotnie. Jego moc odeszła, kiedy z narzędzia śmierci, ze znaku radykalnego przełomu w życiu nawracającego się człowieka, przekształcono go w przedmiot dekoracyjny. Kiedy ludzie uczynili z niego przedmiot kultu, kiedy zaczęli go zawieszać w swoich miejscach zgromadzeń, domach i na szyjach jako ozdobę; kiedy zaczęli kreślić go w powietrzu jako magiczną ochronę przed złem, stał się on – w najlepszym przypadku – bezsilnym godłem; w najgorszym – magicznym fetyszem. Jako taki jest dzisiaj czczony przez miliony tych, którzy nie mają żadnego zgoła pojęcia o jego mocy.

 Krzyż osiąga swój cel, kiedy niszczy zupełnie to, co istniało wcześniej, kiedy całkowicie unicestwia swoją ofiarę. To, co zostało uśmiercone na krzyżu, nie może się już odrodzić. Krzyż zwycięża przeciwnika i narzuca mu swą wolę. Krzyż dominuje. Nigdy nie stosuje kompromisu, nie ustępuje ani o krok «dla spokoju». Krzyż nie dba o pokój, dąży natomiast do położenia kresu wszelkiemu sprzeciwowi i to tak szybko, jak jest to możliwe. Dlatego napisano, iż „...ci, którzy należą do Chrystusa Jezusa, ukrzyżowali ciało swoje z jego namiętnościami i pożądaniami.” (Gal 5,24 BT); dlatego ap. Paweł wyznał: „...razem z Chrystusem zostałem przybity do krzyża. Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus...” (Gal 2,19.20 BT).

Krzyż nie tylko spowodował śmierć Jezusa Chrystusa, lecz on musi się stać kresem pierwszego, starego, grzesznego życia każdego prawdziwego naśladowcy Ukrzyżowanego. Niszczy on w nawracającym się człowieku stary, Adamowy wzorzec życia – zabija go. A potem Bóg, który wzbudził Chrystusa od umarłych, wzbudza także do nowego życia, życia pełnego Ducha i mocy, wszystkich, „którzy ukrzyżowali swe ciała” (Rz 8,11; Gal 5,24). Dopiero w tym momencie rozpoczyna się prawdziwie chrześcijańskie życie.

Ta koncepcja krzyża jest niemal nieznana współczesnemu chrześcijaństwu. Przedkładając ją możemy się narazić na niezrozumienie i lekceważenie. To jednak nie może osłabić naszego stanowiska. Krzyż stoi wysoko ponad wszelkimi ludzkimi koncepcjami, i to właśnie do stóp tego krzyża muszą przyjść kiedyś wszyscy ludzie i wszelkie sprawy, aby wysłuchać wyroku sądowego. Powierzchowne, lekkie traktowanie krzyża, posługiwanie się nim jako przedmiotem dekoracyjnym, rekwizytem w sprawowaniu kultu, bądź w odprawianiu egzorcyzmów, jest przywoływaniem duchowej katastrofy i narażaniem się na gniew Baranka, który w swoim czasie wystąpi jako Lew!

Musimy zająć jednoznaczne stanowisko wobec krzyża, czyniąc jedną z dwóch możliwych rzeczy: albo uciec przed nim, albo na nim umrzeć! Jeśli okażemy się tak nierozważni, by przed nim uciekać, to w ten sposób odrzucimy wiarę pierwszych chrześcijan, odzierając chrześcijaństwo z treści najważniejszych i podstawowych. Wówczas pozostanie nam już tylko pusta gadanina o zbawieniu i historycznym Chrystusie, który pozostał za drzwiami naszego życia. Porzucając krzyż, pozbawimy się Mocy Bożej!

Decydując się na śmierć krzyżową, oddamy wszelkie wzorce dotychczasowego życia na zniszczenie, oczekując, iż Bóg mocą Swego Ducha wzbudzi nas do nowego, doskonałego i niekończącego się życia w Chrystusie i z Chrystusem. I wtedy nagle stwierdzimy, że w życiu chrześcijańskim chodzi o coś więcej niż o poezję, słodkie pienia, czy mistyczne, ekstatyczne doznania.

Krzyż przeszyje nasze życie w miejscu najbardziej wrażliwym na ból, nie oszczędzając ani nas samych, ani starannie pielęgnowanej o nas opinii. Pokona nas i doprowadzi do kresu nasze samolubne życie. Tylko wtedy będziemy mogli powstać z martwych do pełni nowego życia, utwierdzając wzorzec całkowicie nowego istnienia, wolnego i pełnego dobrych uczynków.

Zmieniony stosunek do krzyża, jaki dostrzegamy u współczesnych chrześcijan, nie jest dowodem na to, że Bóg się zmienił, albo że Jezus Chrystus wniósł jakieś ulgi. Oznacza to raczej, że chrześcijanie obecnej doby oddalili się od nowotestamentalnych wzorców. Odeszliśmy od źródeł tak daleko, że trzeba nowej, Wielkiej Reformacji, aby krzyżowi przywrócić właściwe miejsce w teologii i życiu Kościoła.

 Noszenie krzyża

 „I mówił do nich: kto chce iść za mną, niechaj się zaprze siebie samego, bierze swój krzyż na każdy dzień i naśladuje mię.” (Lk 9,23).

 Nagminnie popełniany jest błąd w zrozumieniu „niesienia krzyża”. Krzyż jest znakiem cierpienia, ale cierpienia szczególnego. Ujmując rzecz najkrócej, jest to cierpienie podjęte dobrowolnie w imię najważniejszego, najwyższego celu.

Tymczasem większość cierpień, jakie spadają na ludzi, niewiele ma wspólnego z krzyżem Chrystusowym.

Ból żołądka spowodowany przejedzeniem się, nie jest na pewno niesieniem krzyża; tak samo nie jest nim cierpienie inwalidztwa spowodowanego bawieniem się granatem, czy na przykład przykre następstwa pijaństwa. Ap. Piotr przestrzega przed błędną kwalifikacją cierpienia, pisząc: „Nikt jednak z was niech nie cierpi jako zabójca albo złodziej, albo złoczyńca, albo jako (niepowołany) nadzorca obcych dóbr...” (1 Ptr 4,15), i dodaje: „Co bowiem za chwała, jeżeli przetrzymacie chłostę jako grzesznicy?...” (1 Ptr 2,20).

Nie jest cierpieniem krzyża przeżywanie goryczy odrzucenia spowodowanego niegrzecznym, egoistycznym postępowaniem; podobnie jak nie jest nim tragiczna boleść matki, która plotkując zapamiętale z sąsiadką, zaniedbała opieki nad dzieckiem, skutkiem czego zostało ono potrącone przez samochód. Ileż to osób żałośnie jęczy w szpitalach z nogami i rękami na wyciągach, podłączeni do kroplówek, męczeni sondami. Podobnych, niepotrzebnych, jednoznacznie zawinionych cierpień jest wiele.

Byłem śwładkiem sytuacji, gdy schorzały mężczyzna w jednym z lubelskich szpitali z goryczą i pretensją mówił:

– „Panie, gdyby Bóg naprawdę był dobrym Ojcem, jak to mówicie wy, chrześcijanie, to czy byłoby tylu ludzi cierpiących na skutek głodu, więzionych, chorych? Ja sam – opowiada – od dwudziestu lat męczę się z chorą wątrobą; za co? dlaczego?”

No właśnie, dlaczego? Trzeba odważnie postawić to pytanie i uczciwie na nie odpowiedzieć. W przypadku mojego boleściwego rozmówcy było tak, że ów pan pominął milczeniem okres wcześniejszy, gdy przez całe lata, od wczesnej młodości, jadł mnóstwo octowych marynat popijając zalewą, obficie się raczył alkoholem i palił mnóstwo papierosów, że o innych sprawach już nie wspomnę. Dzisiaj tylko zbiera to, co przed laty zasiał.

A gdyby wcześniej słuchał, co Bóg ma do powiedzenia na temat tego, co powinniśmy jeść, pić, z czego korzystać, a czego się wystrzegać, dziś z pewnością nie miałby chorej wątroby. Tymczasem tak trudno jest zrozumieć wielu ludziom tę podstawową prawdę, że kto słucha rad i przykazań Bożych, czyni najlepiej sobie samemu!

 Cierpień będących następstwem grzeszenia, nie wypiszemy nawet na tysiącu stron. Świat jest nimi przepełniony. Niestety, nie mają one nic wspólnego z noszeniem krzyża, o czym wspominał Pan Jezus. To nie jest trud i cierpienie, ponoszone w imię służby Bogu i bliźniemu. Te cierpienia są nie tylko zbyteczne, lecz szkodliwe – prowadzą do rozstroju, rozpaczy i śmierci.

Ale istnieją także cierpienia, które nie są następstwem nieposłuszeństwa Bogu, nie są skutkiem naszych grzechów; a przecież istnieją i bywają tak trudne do zniesienia. Wszak giną tragicznie dzieci, i to nie z powodu braku opieki rodziców. Ludzie chorują ciężko i to nie z powodu prowadzenia niezdrowego trybu życia, używania tytoniu, alkoholu czy narkotyków, inwalidzi, którzy odnieśli obrażenia bynajmniej nie w czasie zabawy z granatem. A przecież i one nie są dźwiganiem krzyża, o którym mówił Jezus.

Prawdziwe cierpienie krzyża warto przeżywać. Błogosławiony, kto je podejmuje! Niesie ono w następstwie radość i życie. Było wielu, którzy ponosili takie cierpienie; także współcześnie jest takich ludzi niemało. A jednak najdobitniejszym, najbardziej pouczającym przykładem niesienia krzyża był nasz Pan, Jezus Chrystus. To o nim czytamy, iż „...dla wystawionej sobie radości, podjął krzyż, nie bacząc na jego hańbę, i usiadł na prawicy majestatu Bożego.” (Hbr 12,2).

Przytoczony fragment Pisma mówi zasadniczo o dwóch rzeczach: o dobrowolności decyzji aby nieść krzyż; oraz o motywacji, którą w tym wypadku było radość płynąca ze świadomości, że poprzez cierpienie zostanie uratowany rodzaj ludzki.

Cierpienia krzyża naszego Zbawcy zostały zakończone triumfem życia i radością z tych, którzy w niego uwierzyli i stali się dziećmi Boga: „...z pracy duszy swojej ujrzy owoc, którym nasycony będzie, sprawiedliwy Sługa mój; bo nieprawości ich On sam poniesie.” (Iz 53,11 BG)!

Następnym przykładem pozytywnego cierpienia, autentycznego cierpienia dobrowolnie podjętego krzyża, jest tak bliski nam, ap. Paweł. Oto, jakim było jego życie: „W razach nad miarę, w więzieniach obficiej, w śmierci częstokroć. Od Żydów wziąłem pięć razy po czterdzieści biczów bez jednego. Trzy razy byłem bity rózgami, raz byłem kamionowany, trzy razy rozbił się ze mną okręt – dzień i noc byłem w głębokościach morskich... W niebezpieczeństwach na rzekach, w niebezpieczeństwach od zbójców, w niebezpieczeństwach od swego własnego narodu, w niebezpieczeństwach od pogan, w niebezpieczeństwach na puszczy, na morzu, pomiędzy fałszywymi braćmi. W pracy, w utrudzeniu, często w niedosypianiu, w głodzie i pragnieniu, w postach często, w zimnie i nagości. Oprócz tego, co skądinąd przypada, ono naleganie na mnie na każdy dzień i ono staranie o wszystkie zbory...” (2 Kor 11,23-28BG).

Warto sobie uzmysłowić, że po otrzymaniu trzydziestu dziewięciu biczów skazaniec znajdował się na granicy śmierci, a plecy jego były krwawą miazgą... Ból na ciele i ból duszy z powodu przewrotności fałszywych braci. Owe razy były niezasłużone, gotowość ich ponoszenia była dowodem gotowości poświęcenia się dla dobra innych! To była cena, którą apostoł płacił za rozgłaszanie Dobrej Nowiny, za dochowanie wierności Prawdzie Bożej, zagrożonej z różnych stron i przez różne wrogie siły.

Paweł dokonał świadomego wyboru, którego nigdy nie żałował: po poznaniu Jezusa Chrystusa w owej przełomowej chwili na zakurzonej drodze do Damaszku, umiłował swego Pana i przylgnął do Niego całym sercem, odrzucając swą dostojność uczonego i szacunek środowiska jak niepotrzebny balast. Od chwili nawrócenia miał tylko jeden cel: „Dla mnie życiem jest Chrystus!...” (Flp 1,21) – oświadczył. Oddanie dla Chrystusa było w nim tak wielkie, że aż zapamiętałe. W liście do Filipian otworzył się do końca i wyznał, czego najbardziej pragnie i do czego dąży przez całe swe nawrócone życie: „Żebym Go poznał i moc zmartwychwstania Jego, i społeczność ucierpienia Jego, przykształtowany będąc śmierci Jego. Owabym jakimkolwiek sposobem doszedł powstania od umarłych. Nie żebym już uchwycił albo już doskonałym był; ale ścigam, ażebym też uchwycił to, na com też od Chrystusa Jezusa uchwycony.” (3,10-12 BG).

A jaki był finał tego trudnego, naszpikowanego cierpieniem i pracą życia? Zginął ścięty w rzymskim więzieniu. Zanim to się jednak stało, świadomy zbliżającego się końca napisał owe pełne spokoju i głębokiej ufności słowa: „Dobry bój bojowałem, biegu dokonałem, wiarę zachowałem, a zatem jest mi odłożona korona sprawiedliwości, którą mi odda w owym dniu Pan, Sędzia sprawiedliwy; a nie tylko mnie, lecz i wszystkim, którzy umiłowali sławne przyjście Jego.” (2 Tym 4,7.8).

Ludziom, którzy decydują się przeżywać życie w taki sposób – acz w różnym wymiarze i formie – Bóg udziela swej mocy i prowadzi ich w sposób szczególny aż po kres życia, na którym oczekuje ich „korona życia”, ów wspaniały „wieniec sprawiedliwości”, którego chwała jest nieprzemijająca. Wątpię, by Paweł chciał zmienić swoje życie na inne, wolne od tego ogromu pracy i cierpień – życie sławnego aktora, muzyka czy naukowca, życie bez wstrząsów, pełne harmonii i przyjemności. Zresztą... zapytamy go o to w przyszłości!

Teraz jednak pomyślmy o tym, co jest najważniejsze dla nas.

Jezus nakazuje nam wziąć krzyż i naśladować Go. Znaczy to, że stając się Jego naśladowcami i sługami, musimy być gotowi na ofiary, poświęcenie, a często cierpienie aż do krwi. Wielu chce służyć Bogu, ale bez ponoszenia ofiar, bez cierpienia. To jest niemożliwe. Jezus dał nam przykład, abyśmy wstępowali w Jego ślady. Najpierw więc stoimy wobec konieczności ofiarowania siebie Bogu i bliźnim, których chcemy uratować, a dopiero potem oczekuje nas wielka radość. W najtrudniejszych chwilach pamiętajmy jednak, że za krzyżem jest radość i wieczna korona chwały.

Pytaniem życia jest, ile ja daję z siebie trudu, łez i krwi, aby z miłości służyć moim bliźnim i współwierzącym? To bowiem jest prawdziwą miarą twojego i mojego chrześcijaństwa.

Jezus mówi, że ten krzyż mamy nieść na każdy dzień. Co to znaczy? Znaczy to, że krzyż nie jest wartością od święta. To jest coś, co trzeba dźwigać przez wszystkie dni i przez całe życie aż do jego kresu. W ten sposób nie przekreślamy życia. Przeciwnie, znajdujemy życie prawdziwe. I nie jest ono nudne i szare, nie gnuśne i bez sensu, ale pełne mocy, owocne, opromienione pracowitą miłością, aktywne we wszelkiej potrzebie. „Kto straci życie swoje dla mnie, ten je odzyska.” – powiedział Pan Jezus.

Tylko taki krzyż, nie wiszący na ścianie, nie wkopany przy drodze – ma swą wymowę i znaczenie. Tylko taki krzyż nadaje życiu sens i smak.