Wzorowy BIZNESMEN


Działo się to około dwa tysiące lat temu, w krainie, której nazwę tutaj przemilczę. Żył w niej młody, ale samotny człowiek, który jeszcze nie zdążył się ożenić. Miał co prawda braci, ale nie utrzymywał z nimi kontaktu, bardzo zajęty swoimi sprawami. Posiadał ogromny majątek, z dużym domem malowniczo położonym w żyznej dolinie. Jego pola przynosiły pewny dochód, obory pełne były trzody, a zagroda drobiu. Stada owiec pasły się na wzgórzach pod czujnym okiem pasterzy, a obładowane osły i wielbłądy dostarczały do miast zamówiony towar. Był bogaczem, którego jedyną troską i zajęciem było pomnażanie majątku.

Był pilny i stale zajęty; jego oczy widziały daleko, a uszy wychwytywały nawet szept. Służba uważała go za surowego człowieka. Wymagał, by jego rozkazy były wypełniane szybko i sumiennie. W dzień osobiście doglądał wszystkich i wszystkiego, pisał listy do odbiorców, upominał dłużników, prowadził księgi rachunkowe, planował. Wieczorami wysłuchiwał sprawozdań swoich nadzorców i wydawał im polecenia na dzień następny.

Interes kwitł i przynosił coraz większe dochody Zacierając ręce oczekiwał chwili gdy – jak to sobie wymarzył – podwoi majątek. Obok jego posiadłości leżała ziemia należąca do sąsiada, będącego już w podeszłym wieku. Stary człowiek nosił się z zamiarem jej sprzedania i wyjazdu do mieszkającej w innej okolicy rodziny. Gdyby udało się ją wykupić, jego przyszłość byłaby zapewniona. Niemal każdej nocy, leżąc na posłaniu rozmyślał o tym. Widział się już posiadaczem olbrzymiej fortuny.

Sąsiedzi patrzyli nań z coraz większym uznaniem i szacunkiem; z uśmiechem odpowiadał na uniżone ukłony. Jego powaga i znaczenie wzrastały z dnia na dzień. Wkrótce jego marzenia stały się rzeczywistością. Sąsiad sprzedał swój majątek; nabywcą był nasz bohater.

Teraz przybyło mu obowiązków. Musiał nająć więcej robotników i postawić nad nimi zaufanych dozorców, który będą dbać o jego interesy Trzody też się powiększyły; tysiące owiec i stada bydła pasły się na okolicznych pagórkach. Osły i wielbłądy nosiły do miast podwójną ilość towarów. Wszystko się podwoiło. W rozmowie z sąsiadami mawiał: Jeszcze jeden rok, a będę musiał powiększyć swoje obory i spichlerze, bo już obecnie z największym trudem mieszczą się w nich plony.

– Tymczasem zaszło coś nowego...

W okolicy pojawił się wędrowny misjonarz. Wyglądał jak zwykły człowiek, ale posiadał nadzwyczajną moc ducha. Nagle wszyscy zaczęli mówić o nim. Służba naszego gospodarza wymykała się cichaczem, aby słuchać jego przemówień.

Zaintrygowała go ta postać; słysząc tak wiele o przybyszu, postanowił poznać go osobiście. Wydawszy polecenia służbie i nadzorcom wcześnie rano wsiadł na osła i skierował się w stronę gdzie mógł go znaleźć. Szczęście mu sprzyjało, bo już tego samego dnia późnym popołudniem spotkał tłum ludzi siedzących na zboczu pagórka. Przed nimi, w otoczeniu grupki mężczyzn stał misjonarz i coś mówił. Zbliżył się do nich i zaczął nasłuchiwać.

Ci, którzy go znali, patrzyli nań z ciekawością i usuwali się z drogi. Zastanawiali się, po co tu przybył. Wiedzieli, że choć jest człowiekiem uczciwym i zasadniczym, nigdy nie okazywał zbytniej religijności. Podobnie jak wielu innych raz w tygodniu pojawiał się w miejscowym domu modlitwy, a co roku składał uroczystą ofiarę Bogu. I to było wszystko. Wracał potem do domu zadowolony z siebie, ze świadomością, że oddał Bogu, co Mu się należało. Był młody, a więc miał czas myśleć o przyszłym życiu...

Przesuwając się wśród siedzących, znalazł się o kilka kroków od misjonarza. Dotarły do niego jego słowa: „Cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swej szkodę poniósł?...” – nie zdołał usłyszeć następnego zdania, bo dziecko w objęciach matki głośno zapłakało. Do tego przyszło mu nagle na myśl, że zanim dostanie się do domu, zapadnie już noc. Ogarnął go niepokój – Czy zastanie wszystko w porządku? Czy służba rzetelnie wypełnia jego rozkazy? Czy nie pojawił się złodziej? – Jutro rano mają przyjść inżynierowie do przebudowy stodół i spichlerzy; praca musi być skończona przed żniwami!...

Donośny głos przemawiającego wyrwał go z zamyślenia: „Żniwo wprawdzie jest wielkie, ale robotników mało. Proście tedy Pana żniwa, aby wysłał robotników na pole swoje...” – O kim on mówi, o sobie, czy o kimś innym? Dlaczego trzeba prosić pana żniwa, aby wysłał robotników, czyż każdy dobry gospodarz o tym nie wie, że w zimie musi jeść on sam i jego służba?... Głos przemawiającego rozniósł się w powietrzu: „Mój Ojciec pozwala, aby do czasu żniwa kąkol i pszenica rosły razem. Ale w czasie żniwa rozkaże żniwiarzom: Zbierzcie najpierw kąkol i zwiążcie go w snopki na spalenie; ale pszenicę zgromadźcie do mojego spichlerza...” Teraz mówi do rzeczy – pomyślał młody bogacz – ja też tak robię.

Misjonarz przerwał naukę, i skinąwszy na swych towarzyszy ruszył w drogę. Nim nasz bohater miał czas zorientować się, był koło niego, a wtedy z politowaniem, przenikliwie spojrzał mu prosto w oczy Bogacz poczuł się nieswojo, i nie wiedząc jak się zachować, zapytał:

– A co ja mam robić?

Nauczyciel przystanął:

– Przestrzegaj przykazań.

– Jakich?

– Znasz je: Nie zabijaj! Nie cudzołóż! Nie kradnij!, nie zeznawaj fałszywie, czcij swego ojca i matkę...

Młody człowiek poczuł się pewniej:

– Przestrzegałem tego wszystkiego od dzieciństwa, czegóż mi jeszcze brakuje?

– Jeżeli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj co posiadasz i rozdaj biednym, a potem chodź za mną.

Bogacz stanął zdumiony; nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Sprzedać i iść za nim? To jakiś dziwak, musi cierpieć biedę i chce, abym utrzymywał jego i tę gromadę darmozjadów, którzy za nim chodzą.

– Ja miałbym wszystko sprzedać i iść na niepewną włóczęgę?! Teraz, gdy gospodarstwo się rozrosło, poczyniłem inwestycje, od jutra rusza wielka rozbudowa, a żniwa za pasem?! Sprzedać wszystko teraz, gdy panuje taka koniunktura i pieniądze same pchają się do portfela?... Nigdy! Chciał strząsnąć z siebie przykre myśli, lecz wciąż słyszał głos i czuł na sobie wzrok misjonarza. Nagle wróciły do niego pierwsze słowa: „Cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swej szkodę poniósł...”. Odrzucił je.

– Dobrze tak mówić komuś, kto nic nie posiada. Włóczy się z ludźmi podobnymi sobie; bo gdyby coś mieli, to by pilnowali swoich interesów, a nie chodzili za nim bez celu... Nie, ja twardo stoję na ziemi – muszę iść swoją drogą, kierować się swoim rozumem i realizować swoje plany. Poczekamy, on jeszcze kiedyś, gdy się zestarzeje, przyjdzie do mnie i będzie prosić o wsparcie. Przypomnę mu wtedy, co mi powiedział! „Idź, sprzedaj...”

 Uśmiechnął się, zadowolony, że rozprawił się ze swym niepokojem i wątpliwościami: nie, nie z nim takie numery! Dosiadł osła, który w pobliżu skubał trawę. Jechał szybko, trochę żałując straconego dnia. Ale resztka niepokoju tkwiła w nim uparcie, uparcie też wracały słowa „Idź, sprzedaj!” – A może on zwyczajnie chciał od niego wyciągnąć pieniądze? A to spryciarz!...

Uspokoił się, gdy późną nocą ujrzał świat w zabudowaniach swojej posiadłości. Jeszcze kilka stadiów i podróż była zakończona. Zastał wszystko w porządku. Po spożyciu spóźnionej kolacji i wysłuchaniu raportów, zmęczony drogą, z ulgą wyciągnął się na posłaniu.

 – Jutro przybędą budowniczy z ludźmi i materiałem, będą wznosić nowe, większe budynki gospodarcze – rozważał sennie. To będzie trochę kosztowało, ale przyszłość pokaże, że uczyniłem słusznie. Kiedy wydatki się zwrócą, pomyślę o zbudowaniu okazałego pałacu, który będzie odpowiedni dla mojej osoby... Uśmiechnął się, bo w tym momencie z oddali napłynęły słowa misjonarza: „Cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał...”

– Jestem pewny, pomyślał, że gdybym mu dał tylko jedną czwartą tego, co mam, byłby bogaty i na pewno by przyjął bez żadnych tłumaczeń. Ale on wiedział, że mu nic nie dam. W końcu to ja na to pracowałem, i ja mam prawo powiedzieć sobie: Człowieku, jedz, pij, i bądź dobrej myśli...

Czuł jak ogarnia go sen. Jakby echem obiło mu się jeszcze o uszy: „Idź, sprzedaj”... już nie zareagował.

Usnął, lecz już się nie obudził.