Zawróciłem, to mnie uratowało!


Mam wrażenie jakby stało się to wczoraj, choć od tamtego wydarzenia upłynęło już ponad dwadzieścia lat. Działo się to późnym wieczorem, w głębokich ciemnościach. Chciałem przenocować w pewnej wsi u znajomego gospodarza. Z dworca kolejowego zadzwoniłem do gospodarzy i raz jeszcze poprosiłem o dokładny opis drogi do nich. Potem wesoło ruszyłem przed siebie. Miał to być trzydziestominutowy odcinek drogi w górę, a potem jeszcze kilka minut przez las.

Szybko znalazłem swoją drogę – tak przynajmniej sądziłem. Dość strome wzniesienie odpowiadało opisowi. Potem był las. Jeszcze do tego miejsca miałem pewność, że idę we właściwym kierunku. Zaniepokoiłem się, gdy na wzniesieniu droga nagle się skończyła. – Czy pobłądziłem? Zatrzymałem się i zacząłem się wokół rozglądać.

W pewnym momencie dostrzegłem dalekie światła. Ucieszyłem się sądząc, że to właśnie światła obejścia moich gospodarzy. Kiedyś już tam byłem – to na pewno tam. Ruszyłem naprzód.

W jakiejś chwili wypatrzyłem w ciemności przede mną jakąś jaśniejszą smugę. To mogła być tylko szosa. Wprawdzie nie zauważyłem żadnego samochodu, lecz to nie mogło dziwić w tej mało uczęszczanej okolicy. Ruszyłem znów naprzód słusznie rozumując, że gdzie szosa, tam jest cywilizacja, a więc i łatwiejsza podróż. Gdy przetnę szosę, znajdę się blisko celu mojej wędrówki – myślałem.

Zrobiłem krok w przód, i w tym momencie usłyszałem głośne wołanie:

– „Panie Henryku!... Panie Henryku!”

Nieoczekiwane wołanie zatrzymało mnie w miejscu – kto to jest? Odruchowo zawołałem:

– „Tutaj jestem!”

Wówczas ten sam głos gwałtownie zawołał:

– „Proszę się zatrzymać! Proszę się natychmiast zatrzymać, zawrócić i iść w moim kierunku!”

Odruchowo, wciąż mocno zdziwiony, zawróciłem. Wkrótce z ciemności wyłoniły się dwie sylwetki – to gospodarz wysłał mi naprzeciw dwóch posłańców, którzy gdy nie znaleźli mnie na drodze, podejrzewając, że poszedłem w złym kierunku, co sił pobiegli za mną.

– „Dlaczego mnie szukaliście?”, pytałem syna gospodarza i jego kolegę.

– „Baliśmy się o pana. Znalazł się pan w niebezpiecznym miejscu. Tam są strome wapienne skały, a potem przepaść i w głębokiej dolinie Dunaj. Mógł pan spaść!...”

 Noc przespałem w gościnnym wiejskim domu, a gdy następnego dnia w świetle jasno świecącego słońca obejrzałem to miejsce, zdjęło mnie przerażenie; faktycznie, stałem na urwisku, jeszcze krok i spadłbym z wysokości 60. metrów – wapienne, mocno poszarpane skały nie dawały mi żadnej szansy.

To przeżycie głęboko zapadło w moją świadomość. Uznałem je za moje drugie narodziny. Wiem, że cudowne ocalenie zawdzięczam mojemu Bogu i wysłanym przez niego ludziom. Wciąż z wdzięcznością chcę o tym opowiadać!

Przeżycie to uznałem także za ilustrację duchowej sytuacji – mojej i innych ludzi. Mam świadomość, że jeśli w życiu będę polegał na własnych siłach i mądrości, na pewno w jakimś momencie popełnię poważny błąd, który może mnie zgubić. Bowiem na drodze duchowego życia znajdują się także «skały» i «przepaście», na dnie których czyha śmierć.

Wiem jednak, że w sytuacji bezpośredniego zagrożenia Bóg kieruje do człowieka wezwanie: „Stój! Zatrzymaj się! Zawróć natychmiast!” I niezwykle ważne jest, aby pozostawać w zasięgu tego głosu, a gdy się rozlega – aby go natychmiast usłuchać.

Jest to głos Jezusa Chrystusa, nawołujący do nawrócenia; u Niego, i tylko u Niego możemy zamieszkać bezpiecznie. Tylko w światłości Jego nauki możemy poznać grozę czyhającego na nas niebezpieczeństwa.

Bóg czeka na nasz powrót!

 Prorok Izajasz często przekazywał Izraelitom Boże wezwanie: „W nawróceniu i pokoju jest wasze ocalenie; w ciszy i ufności leży wasza siła.” (Iz 30,15). W ostrzeżeniach jakie kierował do ówczesnego ludu Bożego znajdowały się pouczenia: Wierzący nie mogą się zachowywać jak bezrozumne stworzenia, znajdujące niską, zmysłową przyjemność w niszczeniu własnych możliwości, lecz jako ludzie umiejący te możliwości rozwijać i wykorzystywać, dbając o szczęśliwe i czyste życie tutaj na ziemi, i zabiegając o życie wieczne. Należy – wzywał i zachęcał – wyzwolić się z kieratu obowiązków i znaleźć czas dla siebie, a także zainteresować się potrzebami innych. Przede wszystkim jednak należy przychodzić przed oblicze Boże, by tam, w cichości, w wewnętrznym skupieniu, uczyć się rozumienia Jego woli i zaufania do Jego decyzji. By uczyć się trudnej sztuki oczekiwania na Boga. Ktoś słusznie kiedyś powiedział: „W cichości człowiek przygotowuje się, aby odbierać, posiadać i dawać.”

 Niejednokrotnie Bóg ze smutkiem przygląda się naszym błędnym ścieżkom i czeka na chwilę, gdy będzie mógł nam pomóc wyplątać się z więzów, w jakie się zaplątaliśmy. On wykonuje dla nas to, czego my nie jesteśmy w stanie uczynić. Ciągle ofiaruje nam Swą pomoc. Pragnie, aby nasze życie było uwolnione od ciągłej pogoni za czymś i ucieczki przed czymś – często przed samym sobą!

Wyciągając wnioski z dramatycznej historii marnotrawnego syna zauważamy, że wszystko, czegokolwiek potrzebował, mógł mieć w domu ojca. Mógł tam żyć i podobnie jak jego starszy brat cieszyć się obfitością i spokojem. Lecz jego własny niepokój wypędził go z domu. Swoją wolność sam zamienił na niewolę.

Historię marnotrawnego syna, zapisaną w Ewangelii wg Łukasza w r. 15., warto raz jeszcze przeczytać w kontekście historii naszego własnego życia. Wszak chodzi tutaj o to: kiedyś, oby nie za późno, muszę zauważyć, że się usidliłem. Kiedyś muszę sobie uświadomić, że tak dalej być nie może. Kiedyś muszę się uderzyć w piersi i przyznać: to moja własna historia! Wszak jestem wolnym! jestem ściganym! – I co zrobię?

Nie schowam głowy w piasek! Nie popędzę dalej jak postrzelone zwierzę, które w końcu padnie i zginie! Nie, ja zawrócę! Odszukam Tego, który na mnie czeka!...

To może mieć bardzo prosty, choć przykry początek: odwołam wszystkie terminy! Zarezerwuję wolny czas dla Boga, dla swojej rodziny, dla siebie samego. Może popadnę w niełaskę u niektórych ludzi, którzy uznają mnie za dziwaka, bo takie zachowanie odbiega od norm uznawanych w tym świecie. Tu szybko można być obwołanym egoistą – chociaż rzeczywistość może być zupełnie inna... Lecz ja wiem, czego chcę i za czym tęsknię: na nowo porządkuję swoje życie, ale tym razem już nie sam! Wybieram mojego Pana, niezależnie od tego, co o tym sądzą ludzie. To Jego proszę o wskazówki, to z Jego rad i przestróg korzystam, pragnąć nareszcie żyć – a nie tylko gonić za życiem!

Czy jest to łatwe?

Na pewno nie. Ale wszystko inne jest gorsze – bo niesie z sobą śmierć! Nad wszystkim innym wisi ciężki, nieodwracalny wyrok Boga, który został odrzucony – „...ale wy nie chcieliście!”

Dla spełnienia naszych zobowiązań, dla podejmowania wysiłków i walk, dla możliwych osiągnięć, Bóg oferuje Swą pomoc.

To wciąż jest możliwe.