Wieczór życia


W historii świata niewielu było ludzi, którzy z dokładnością do dnia i godziny mogli przewidzieć czas swojej śmierci. Na szczęście miliony ludzi nie znają momentu, w którym rozstaną się z życiem. Do tych nielicznych, którym dane było pełne poznanie dnia i chwili własnej śmierci należał nasz Pan, Jezus Chrystus.

Mamy prawo przypuszczać, że Jezus wraz z apostołami trzy lub cztery razy obchodził święto Paschy, gdyż blisko trzy i pół roku trwała Jego misja na ziemi. Pierwsze wspólnie obchodzone święta przebiegały prawdopodobnie w spokojnej, pogodnej atmosferze, a dlatego że nie zaznaczyły się niczym szczególnym, nie utkwiły w pamięci ewangelistów i nie zostały odnotowane w ich pismach.

Natomiast ostatnie święta Wielkanocne opisali wszyscy autorzy Ewangelii oddając też nastrój, jaki panował w otoczeniu Jezusa przed zbliżaniem się głównych uroczystości. Kreślą więc postać Chrystusa zamyślonego, pogrążonego w modlitwie i rozmyślaniu. Nie dziwi ten nastrój u naszego Pana.

Jako młody, trzydziestotrzyletni mężczyzna był w pełni świadomy zbliżającej się śmierci i oczekiwał na wykonanie wyroku na Swojej osobie. Wiedział, że jest skazańcem, a każdy dzień i przeżyta godzina zbliża Go do śmierci.

Jak zachowuje się przeciętny człowiek skazany na nieuchronną śmierć i oczekujący egzekucji? Kiedyś czytałem o pewnym młodym człowieku, z powodów patriotycznych skazanym na karę śmierci. Ostatniej nocy posiwiał jak starzec. Rano więźniowie nie mogli go poznać. A jak my, wierzący, zachowalibyśmy się w takich okolicznościach?

Nie możemy tego przewidzieć, gdyż sami siebie nie znamy. Przypomnijmy sobie przeżycia Piotra opisane na kartach ewangelii. Z całym przekonaniem twierdził, że choćby wszyscy zawiedli Mistrza – on jest gotowy pójść z Panem nawet na śmierć. Oświadczenie złożone w obecności wielu świadków brzmiało wspaniale. Jak wyglądała potem rzeczywistość, wiemy wszyscy. Nieraz lepiej jest nie składać pochopnie zapewnień, które potem nie znajdują pokrycia w rzeczywistości.

 Ostatnie odwiedziny

 Przed zbliżającą się śmiercią Pan postanowił odwiedzić dom swych najbliższych, ukochanych przyjaciół. Na sześć dni przed Wielkanocą udał się z uczniami do Betanii. Dotychczas nie miał jeszcze czasu ponownie spotkać się z Łazarzem, którego wzbudził z martwych. Jezus zapamiętał ten dom w żałobie, a teraz miał pragnienie zobaczyć go w szczęściu. Gdy przybył, był już wieczór.

Co zdarzyło się w międzyczasie w Betanii? Możemy chyba wyobrazić sobie atmosferę, jaka zapanowała w tym domu po powrocie z cmentarza obu sióstr wraz ze wskrzeszonym bratem.

Pytaniom i opowiadaniu nie było końca. Marta i Maria nigdy w swoim życiu nie były tak szczęśliwe... Może usiadły naprzeciw brata, ujęły go za ręce i zaczęły:

– Czy pamiętasz, gdy prosiłeś, aby posłać po Pana w czasie twojej choroby?

– Tak, to jeszcze pamiętam, odpowiedział.

– Posłałyśmy sług, ale Pan nie przyszedł.

– Tymczasem z Tobą było coraz gorzej, straciłeś przytomność, a wkrótce stwierdziliśmy twój zgon. To było straszne. Oczekiwałyśmy na przyjście Pana. Niestety, nie nadszedł.

– Całkowicie nas wtedy zawiódł.

 Obie siostry mogły znać głośne wydarzenie z rzymskim setnikiem. Być może oczekiwały, że Jezus wypowie jedno słowo, słowo mocy, które, mimo znacznej odległości, powstrzyma śmierć ich brata. Jednak najbardziej oczekiwały na Niego, ufając, że natychmiast przyjdzie. Niestety, Pan milczał i nie wypowiedział tego słowa, jak też i nie przyszedł... Siostry opowiadały dalej: o swej rozpaczy, o pogrzebie, o zimnym, olbrzymim głazie, który zamknął wejście do grobowca...

– Co było dalej? – dopytywał się Łazarz.

– Później przyszły dni strasznej żałoby. W domu panowała rozpacz. Wszystko przypominało Ciebie. Trudno było się z tym pogodzić, że nie ubierzesz już nigdy tych pięknych szat, w których tak wspaniale wyglądałeś...

Pan zawiódł nasze nadzieje. Płakałyśmy jeszcze, gdy na trzeci dzień po pogrzebie zjawił się Jezus.

– Ani ja, ani Maria – mówiła dalej Marta – nie chciałyśmy wyjść na Jego spotkanie.

– Jednak Marta przemogła się i pierwsza wyszła przed dom – przyznała druga siostra – a ja..., ja nie chciałam widzieć nikogo z ludzi, nawet Nauczyciela! Po chwili Marta wróciła mówiąc, że Pan o mnie pyta i prosi bym wyszła.

– Zrobiłam to bez entuzjazmu, pełna żalu i tylko po to, by Mu oświadczyć jak nas ogromnie zawiódł...

– Płakałyśmy obie, zresztą nie tylko my. Wszyscy goście, sąsiedzi i znajomi mieli oczy pełne łez...

– Jezus prosił o pokazanie Mu grobu. Poszłyśmy pokazać grobowiec, a pozostali poszli za nami. Na twarzy Jezusa widać było zamyślenie i smutek.

– Przy grobie, nagle i nieoczekiwanie dla nas, Nauczyciel wybuchnął płaczem... Wtedy poznaliśmy jak bardzo cię kochał. Ci, co stali w pobliżu powtarzali sobie: patrzcie jak go miłował! Inni jednak sarkali: dlaczego nie przyszedł wcześniej, dlaczego go nie uzdrowił?

– Potem Jezus podniósł oczy w niebo i głośno się modlił. Nigdy nie zapomnimy tej szczególnej modlitwy Pana przy twoim grobie. Po modlitwie oderwał wzrok od nieba i skierował na twój grób. Nie wiedziałyśmy, co zamierza uczynić. Naraz głośno rozkazał: odwalcie ten kamień – i wskazał na głaz. Podeszłam do Pana i szepnęłam, żeby tego nie robił, gdyż ciało po czterech dniach w grobie już cuchnie. Jakby tego nie słyszał. Nie odpowiedział, ale i nie cofnął rozkazu. Po odwaleniu kamienia Żydzi szybko się cofnęli, a Jezus wyciągnąwszy przed siebie dłoń zawołał donośnie: Łazarzu, wyjdź sam!

– Z trwogą spojrzeliśmy do wnętrza grobu, a w tej właśnie chwili Ty podniosłeś się z kamiennej płyty i drobnymi krokami, powoli, bo byłeś skrępowany białymi prześcieradłami, zbliżałeś się do wyjścia. Szedłeś prosto, mimo że twarz była zasłonięta białym płótnem.

– Powiedz, czy szedłeś prosto w kierunku światła jaśniejącego u progu pieczary, czy usłyszałeś rozkaz tego, kto kazał ci wyjść?

– Tak – odpowiedział Łazarz – szedłem w kierunku światła, i Tego, którego głos do mnie dotarł z poleceniem: Łazarzu, wyjdź sam. I Ten głos jeszcze dziś słyszę wyraźnie...

Co było dalej?

– Przez chwilę bałyśmy się ciebie – przyznały siostry – przez śmierć na chwilę stałeś się nam obcy. Wtedy znów Pan przemówił, a te słowa pamiętasz już dobrze: Rozwiążcie go, a niech odejdzie.

– Pobiegłyśmy do ciebie, zsuwając przepaskę z twych oczu – opowiadały dalej. Całowałyśmy twoją twarz i ręce. Uwolniłyśmy ręce i nogi z prześcieradeł. Czy pamiętasz z jaką ciekawością wszyscy Cię oglądali? Chcieliśmy sprawdzić, czy to ty jesteś naprawdę. Gdy pierwsze wrażenie minęło, obejrzałyśmy się, ale Jezusa już nie było. Był bardzo delikatny, zaraz oddalił się ze swymi apostołami. Pozwolił nam nacieszyć się tobą.

 Kosztowne perfumy

 Cieszyły się jeszcze bratem, gdy dobiegła ich wiadomość: Jezus idzie! Był wieczór. Wszyscy wybiegli na powitanie Pana. Łazarz z radością objął Jezusa swymi ramionami, tuląc się do Niego jak do ojca czy brata. Długo nic nie mówili. Rozmawiali bez słów, była to rozmowa ich serc. Po chwili Marta i Maria z radością ich otoczyły. Cały dom uroczyście oświetlono pochodniami, a Jezusa z uczniami zaproszono do wnętrza. Pan zajął główne miejsce, a Łazarz przysiadł u Jego nóg. Chwilami brał dłoń Nauczyciela w swoje ręce. To był najpiękniejszy dzień w życiu tych, którzy się tu spotkali.

– Dlaczego tak mało jest podobnych dni w naszym życiu?

Panowała ogromna radość. Marta i Maria podawały do stołu najlepsze dania. Mięso, chleb, owoce, przyprawy. To była wspaniała uczta Wschodu. Obie siostry z radością spoglądały na przemian na Chrystusa i na Łazarza.

Nagle Maria zniknęła na chwilę. Już nieco wcześniej wydawało się jej, że za to, co Jezus uczynił, nie wynagrodziła Go, że wszystko, co położyła tego wieczoru na stół, było za mało.

Otworzyła wieko swojej skrzyni i pomiędzy drogimi rzeczami szukała godnego Pana prezentu. Sięgnęła po nowy słoik. Były to oryginalnie zapieczętowane kosztowne perfumy.

Czasami zastanawiamy się, jakim prezentem moglibyśmy komuś sprawić radość? Rzadko kupujemy drogocenny dar. A jaki prezent dalibyśmy Panu?

Maria wróciła, na oczach wszystkich obecnych otworzyła mały słoiczek i całą jego zawartość wylała na nogi Pana, a potem otarła je swymi pięknymi, długimi włosami.

Po całym domu rozeszła się wspaniała wonność.

Zdarza się, że ktoś używając dobrych perfum na długo za sobą zostawia ich przyjemny zapach. Kiedyś, podczas zakupów w dużym sklepie we Francji, przez przypadek wypadł mi z ręki mały słoik wody kolońskiej. Chciałem natychmiast zapłacić, ale ku memu zdziwieniu odmówiono przyjęcia pieniędzy wyjaśniając, że podobne straty pokrywa specjalne ubezpieczenie. Zdarzyło się to na parterze, a jeszcze po godzinie będąc na pierwszym piętrze mogłem stwierdzić, że wspaniały zapach utrzymywał się w całym sklepie.

Co działo się w domu Łazarza, gdy nie mały słoik wody kolońskiej, ale prawdziwe wschodnie perfumy wylano na nogi Pana?

 Reakcja obecnych

 Wydawałoby się, że wspaniały aromat obudzi w każdym człowieku uczucie zadowolenia i radości. A jak zachowali się zebrani? Bliscy, zamożni przyjaciele Łazarza z prawdziwą przyjemnością chłonęli niezwykłą woń. Łazarz i Marta zapewne uśmiechali się z aprobatą dla pięknego gestu Marii.

– A uczniowie Chrystusa, którzy byli jedynie ich gośćmi?

Niestety, oni nie sprostali sytuacji. Trudno z rybaków zrobić przyszłych nauczycieli Kościoła. Jak im jeszcze było daleko do łowienia ludzi dla Boga! Wychowanie człowieka, dobre lub złe najczęściej poznaje się w towarzystwie. Nie da się tam ukryć, kim kto jest. Tam ujawnia się, w jakim środowisku kto wzrastał i czego się nauczył. Jakie to jest ważne dla wierzącego człowieka, by od dzieciństwa przebywał i spędzał czas między szlachetnymi ludźmi. Prawdziwe jest przysłowie, które mówi: „pokaż mi swych przyjaciół, a powiem ci, kim jesteś”. Ci rybacy znad morza, przyzwyczajeni od dzieciństwa liczyć każdy grosz nim zostanie wydany, znaleźli się w domu człowieka bogatego. Nie byli przyzwyczajeni do luksusu, jakim niewątpliwie byty kosztowne perfumy Marii. Podobno jeden robotnik musiałby na nie pracować trzy miesiące.

Pierwszy wybuchnął Judasz. Rozrzutność i skąpstwo stanęły naprzeciw siebie.

– Jaka to wielka strata! – jęknął Judasz. Policz – zwrócił się do sąsiada – ile można by za nie otrzymać pieniędzy dla biednych! Skąpstwo Judasza nie pozwoliło mu milczeć, a apostołowie nie posiadali jeszcze wówczas dostatecznej roztropności, by się mu sprzeciwić. Znamienne. Dla Judasza drogocenny olejek przestał wydawać miły aromat. Widzimy w tej sytuacji wyraźnie, jak bardzo nasza ocena spraw, osób i okoliczności jest uzależniona od nastawienia naszych serc. Złe nastawienie serca i umysłu sprawia, że nawet perfumy mogą drażnić człowieka. Tylko ludzie czystego serca i szlachetnych intencji mogą poznawać Boga i dostrzegać Jego Miłość.

Judasz wystąpił bardzo zdecydowanie: powinno przyświecać nam dobro społeczne! Myśl o innych, a szczególnie o biednych powinna być na pierwszym miejscu! Miał dużo racji, ale...

Słowami często można pokryć złe zamiary serca. Hasłami o potrzebach społecznych zasłaniane są osobiste, samolubne cele. W człowieku domagającym się dobra dla innych, ukrywa się nieraz podstępna, wilcza natura. Nawet chrześcijanin potrafi być fałszywy i przewrotny.

Za protestem Judasza ukrywał się jego skórzany trzos na pieniądze. Faktycznie ten człowiek był biednym, a może nawet najbiedniejszym z ludzi. Takim zapisał się w historii biblijnej. Za pieniądze gotów był popełnić w życiu największą podłość – zdradę swego Mistrza.

Krytykując postępowanie Judasza zadajemy sobie pytanie: jak my zachowalibyśmy się w tamten wieczór przy stole? Czy bylibyśmy zdolni odczuć wspaniały zapach i docenić niezwykły gest Marii? A może poparlibyśmy Judasza? Niech sumienie nam odpowie. W naszym życiu spotykamy czasami bardzo dobrych ludzi, cieszymy się z poznania ich i odczuwamy dla nich wdzięczność. Kochamy ich za dobroć ich serca i szlachetność. Czy staramy się i czy potrafimy okazać im to, co odczuwamy? W naszych czasach przyjęty jest zwyczaj kupowania upominków, prezentów czy kwiatów. Ludzie mało kulturalni nie praktykują tych zasad. Mają odpowiedź podobną do zdania Judasza: po co kupować kwiaty, które po niedługim czasie zwiędną? Nie wiedzą, że są one jedynie symbolem uczuć powstałych w ludzkim sercu.

Są nauczeni kupowania prezentów trwałych, konkretnych, w dobrym gatunku. Nie aprobują upominków nietrwałych, ulotnych.

Podobnie myśleli apostołowie. Maria poświęciła dla Jezusa perfumy, które mogły pachnieć zaledwie przez kilka dni. Ale uczynek był wyrazem jej serca i umysłu wobec Pana, był hołdem czci, uwielbienia i wdzięczności siostry Łazarza. Nasze sumienie kształtowane jest przez szereg czynników, a głównymi są Zbór, Kościół i środowisko, w którym wzrastamy. Uważam, że sumienie może nieraz prowadzić błędną drogą i podpowiadać niewłaściwe rozstrzygnięcia. Oświadczenie, że postępuję zawsze zgodnie z sumieniem, może być zawodne.

 Spóźnione perfumy

 Przy rozważaniu wydarzenia w Betanii, należy pamiętać o drugim błędzie często popełnianym przez ludzi, także przez wierzących. Jest nim odkładanie okazywania wdzięczności na później. Tylko małe dziecko nie wie, że życie bywa czasem bardzo krótkie i kruche. Zdarza się, że gesty wdzięczności odkładamy na przyszłość. Jakże niemiło jesteśmy zaskoczeni wiadomością o śmierci osoby, którą chcieliśmy wynagrodzić i nie zdążyliśmy. Jaki to ogromny zawód, zamiast pięknego prezentu, kupować wieniec żałobny. Spóźniliśmy się z wyznaniem, że kogoś bardzo kochaliśmy, że mógł na nas liczyć. Odszedł do wieczności i nigdy od nas tego nie usłyszał. A my korzystaliśmy z jego dobroci. Ileż to w życiu okazji w czynieniu dobra, przejdzie obok i nie zostanie przez nas wykorzystanych?

Gdyby Maria odłożyła swój prezent na nieodległą przyszłość, byłoby już za późno na jego przekazanie. Pan, choć w sile wieku, umarł za kilka dni zaledwie. Pamiętamy te niewiasty, które z wonnościami odeszły pełne żalu i łez od grobu, gdyż nie zdążyły namaścić ciała Jezusa...

Ze zdarzeń tych wynika dla nas nauka: nie przechowujmy naszych perfum, prezentów czy kwiatów długo zapieczętowanych, bo nasi przyjaciele mogą niespodzianie odejść z tej ziemi. W czasie osamotnienia, zmęczenia i słabości byliby naszymi dowodami pamięci niezwykle pocieszeni. Może nawet nasza pamięć o nich przedłużyłaby im życie.

 Zachowanie się naszego Pana

 Jak czuła się Maria, gdy prawie wszyscy na głos szemrali przeciwko niej? Prawdopodobnie patrzyła po zebranych, jak skrzywdzone dziecko, które cierpi i nie umie się bronić. Milczała, ale tylko chwila dzieliła ją od tego, by wybuchnąć głośnym płaczem. Spojrzenie skierowała na Pana w oczekiwaniu Jego stanowiska w tej sprawie. Nie była w stanie się bronić i nie mogła przemówić ani jednego słowa. Jest taki ból, który w podobnych momentach chwyta nas za gardło... Czy Jezus stanie po stronie większości?

Pan zabrał głos. On nigdy nie bał się ludzi. Ktoś słusznie powiedział: kto chce prawdziwie służyć Bogu, musi raz na zawsze wyzbyć się strachu przed ludźmi. Jakże często nie naśladujemy Pana! Zdarza się, że słyszymy rzucaną na kogoś obmowę, a nawet oszczerstwo i nie reagujemy. Brakuje nam tej świętej odwagi. Wolimy jak Piłat umyć ręce tłumacząc się, że ta sprawa nas nie obchodzi. Nie chcemy się narazić. Ale Jezus nie milczał. Spojrzał uważnie na sarkających i powiedział:  „Zostawcie Marię w spokoju”. A potem patrząc w ich oszołomione twarze dodał spokojnie: „Ona, nie wiedząc o tym, pomazała moje ciało olejkiem na dzień mojego pogrzebu...”

Maria spojrzała na niego zdziwiona, a Pan zatrzymawszy wzrok na twarzy Judasza dodał: „Ubogich na tym świecie zawsze mieć będziecie, mnie natomiast nie zawsze.”

Ileż w tych słowach kryło się tragicznej prawdy! Czas, który dzielił Jezus od śmierci, można już było liczyć w godzinach. Maria była ostatnią osobą w tym złym świecie, która swe serce oddała Jezusowi i swe cenne wonności poświęciła dla Niego. Judasz i inni apostołowie widzieli tylko jeden zewnętrzny słoik. Drugiego, wewnętrznego „słoika” – serca pełnego najgłębszych uczuć – nie dostrzegli u Marii, ponieważ mogła to uczynić jedynie bardzo subtelna osoba. Jezus dostrzegał tak zewnętrzne zachowanie Marii, jak i szczere motywy jej serca. Gdyby obawiał się ludzkiej opinii szepnąłby do uczniów, aby nie opowiadali zdarzenia, które miało miejsce. Tak zachowałby się człowiek słaby, dwulicowy. A Pan uroczyście dodaje: „Oświadczam wam, gdziekolwiek będzie głoszona Ewangelia, jej uczynek będzie wspominany i podkreślany przez wszystkich kaznodziejów kościoła.”

– Maria nigdy nie myślała, że miliony chrześcijan w różnych narodach będą opowiadać i wspominać jej czym, wonność poświęconą dla Pana i jej piękne imię.

 Trwałość perfum

 Zapach, który zdaniem Judasza miał się ulotnić po małej chwili, dzięki Chrystusowi okazał się trwalszy niż starożytne rzeźby. Przeszedł do historii dziejów ludu Bożego, bo wspominany jest równie często jak miłość tej niewiasty do Pana. Maria uczyniła to niemal w przeddzień pogrzebu. Pan wiedział, że niebawem Judasz go wyda, że Piotr się Go zaprze, a inni apostołowie zasną, zamiast czuwać w modlitwie.

I wtedy zjawiła się Maria i uczyniła coś, czego nie mierzy się wartością pieniądza. W życiu człowieka są chwile, w których wartości materialne nic nie znaczą. Wówczas to, co posiadamy, nie liczy się. Maria uczyniła to, co mogła, z wszystkich sił, z całego serca. Bez cienia wahania oddała Jezusowi rzecz najkosztowniejszą.

A my? Czy jesteśmy gotowi do podobnych ofiar? Czy oddajemy Bogu wszystko, na co nas stać?

Z pewnością apostołowie zapamiętali na całe życie ową przykrą scenę i naukę, jakiej Jezus udzielił im przy stole Łazarza. Reszty dopełniło obudzone sumienie wyrzucające im przykrość, jaką sprawili Marii, nietakt wobec Jezusa, i nietaktowne zachowanie się jako gości. Myślę, że bardzo tego żałowali. Zauważmy, że zwiastując Chrystusa w późniejszym czasie, nigdy nie używali krytyki. Nauczyli się cenić miłość. Moc Ducha Świętego zupełnie ich przemieniła i z prostych rybaków uczyniła zdobywców dusz ludzkich.

Czy moc Ducha Świętego zmienia nasze charaktery na lepsze? Czy życie codzienne jakie prowadzimy w ludzkiej społeczności, w miarę upływu lat, zdobywanej wiedzy i doświadczeń, staje się coraz lepsze, czy odwrotnie, coraz bardziej nieznośne? Niech nasze sumienie odpowie szczerze.

 W domu Łazarza Pan okazał Swój autorytet. Miał odwagę stawić czoło wszystkim, którzy nie mieli racji i dopuszczali się niesprawiedliwości. Wiedział, że powinien udzielić uczniom tej bolesnej lekcji, był świadomy, że musi ich na nowo wychowywać, kształtować ich uczucia i charaktery. Na szczęście, uznali oni swój błąd i przyjęli napomnienie. Chrystus był wspaniałym pedagogiem. Jesteśmy wdzięczni apostołowi i ewangeliście Janowi, za dokładne i szczegółowe opisanie wydarzenia w Betanii. Jedynie św. Jan opisał tę wspaniałą ucztę miłości. Prawdopodobnie uczeń Jan w swoim życiu ogromnie cenił i podkreślał miłość. Wyrazem tego jest jego ewangelia i listy, które napisał do współwierzących. Chociaż był najmłodszym, potrafił iść za swoim nauczycielem aż na Golgotę. Był ostatnim, do którego Chrystus jeszcze raz przemówił z krzyża, pozostawiając Marii w darze „nowego syna”. A Jan, w nagrodę za swą wielką miłość, dożył późnej starości i otrzymał specjalne, cudowne objawienie.