SPOTKANIE PO LATACH


Po nabożeństwie, kiedy wyszedłem na placyk przed salą zgromadzeń, ktoś dotknął mojego ramienia. Odwróciłem się i zobaczyłem elegancko ubranego mężczyznę.

– Witaj, powiedział i wyciągnął do mnie rękę.

Z wahaniem odwzajemniłem pozdrowienie ściskając podaną dłoń. Zauważył moje niezdecydowanie i cień zdziwienia przemknął mu przez twarz.

– Powiedz, że mnie nie poznajesz...

Wciąż bezradnie badałem jego twarz pokrytą siecią zmarszczek. Twarz człowieka, który wiele przeżył. Tylko jego oczy promieniały radosnym oczekiwaniem. Był chyba o kilka lat ode mnie starszy. Mimo wszystko chyba go nie znałem. Pomyłka?... Pokręciłem głową. Jego oczy posmutniały.

– Czy mówi ci coś imię Ronald?

– ... Oczywiście! jak mogłem zapomnieć!

 Bardzo dobrze pamiętam moje pierwsze spotkanie z Ronaldem. Podczas drugiej wojny światowej wraz z matką – ewakuowani z jakiegoś miasta – przybyli do naszej wsi. Chociaż nie zajmował określonego stanowiska do religii, Ronald przychodził na nasze spotkania grupy młodzieżowej. Zawsze wnosił z sobą ducha niepokoju. Wyglądało na to, że sprawiało mu przyjemność robić zamieszanie. Bez względu na sprawę, nawet kiedy cała grupa wraz z pastorem opowiadała się za jakimś poglądem, on był przeciw. Nie wahał się obrażać innych, a nawet bywał obelżywy.

Po zakończeniu wojny Ronald z matką powrócił do miasta. Ale jeszcze i potem często wracał do naszej wsi – okazał się sprytnym i przedsiębiorczym handlarzem „czarnego rynku”. Kiedy jednak warunki bytowe się poprawiły, Ronald przestał się u nas pokazywać. Opowiadano o nim, że stał się bardzo bogatym człowiekiem i prowadził dobrze prosperujący interes.

Jego zewnętrzny wygląd zdradzał człowieka zamożnego. Trzymał się prosto i z godnością, i tylko twarz, pocięta siecią zmarszczek i przedwcześnie zwiędła, bardzo go postarzała. A przecież był w moim wieku. Co zaszło w jego życiu i spowodowało, że przyszedł na zgromadzenie i stał teraz przede mną z ufnym, radosnym spojrzeniem? Nie zadawałem jednak żadnych pytań. Rozmawialiśmy o błahych sprawach.

Spojrzał na zegarek i zauważył, że jest jeszcze nieco czasu do obiadu.

– Zapraszam cię na spacer, powiedział, oczywiście, jeżeli nie masz nic przeciwko temu.

Zgodziłem się, chociaż zaraz, prawie automatycznie pojawiła się myśl: dlaczego podszedł akurat do mnie i zaprasza na spacer mnie, którego z naszej grupy młodzieżowej najbardziej nie cierpiał?

 Kiedy już ostatnie zabudowania wsi zostały za nami, przerwał jakieś mało ważne zdanie.

– Czy przypominasz sobie nasze dawne nieporozumienia? – zapytał znienacka.

Pozwolił mi tylko potwierdzić i mówił dalej.

– Zawsze wpadałem w złość, słysząc twoje twierdzenia, że bez Boga nie można być naprawdę szczęśliwym. Uważałem to wówczas za frazes, który wpoił ci pastor, aby zatrzymać dla siebie wierną i posłuszną owieczkę. Miałem inne wyobrażenia o życiu. Widziałem już wielu pokornych chrześcijan, którzy żyli i pracowali uczciwie, a mimo to klepali biedę, podczas gdy faceci o odpowiednio grubych portfelach mieli wszystko na skinienie ręki. Być szczęśliwym, znaczyło dla mnie wówczas: być bogatym! Dlatego nie mogłem się zgodzić z twoimi poglądami, i uważałem cię za beznadziejnie zacofanego. Irytowałeś mnie i postanowiłem, że udowodnię ci, iż nie masz racji...

Opowiedział mi całe swoje życie; historię młodego, często głodnego i zbuntowanego na los chłopaka, aż po właściciela dobrze prosperującego dużego domu handlowego. Na tej drodze było dużo ciemnych i wątpliwych przystanków. Był coraz bogatszy ale szczęścia, do którego dążył, nie umiał jakoś znaleźć. Nad jego życiem wisiało wciąż owo fatalne „kiedy już”, które nie pozwalało cieszyć się osiągnięciami chwili.

– To pędziło mnie do ciągłego wmawiania sobie: „Kiedy już będę posiadał własny sklep... kiedy już zdobędę liczną klientelę... kiedy już będę zatrudniał tylu pracowników, że nie będę musiał pracować... kiedy... kiedy... – wtedy będę szczęśliwy!”

– Umęczyłem się, pracowałem, aż w końcu, przy jakimś niepowodzeniu załamałem się. Sen o szczęściu nie został urzeczywistniony.

 Zawiodło go zdrowie i dostał się do szpitala, skazany na bezczynność. To obrzydziło mu życie do końca. Długi czas nosił się z zamiarami samobójczymi.

– Że do tego nie doszło, zawdzięczam pewnej pielęgniarce, skromnej, wspaniałej kobiecie.

 Jej spotkanie wywarło decydujący wpływ na życie Rolanda. Kobieta ta po przyjacielsku, ale zarazem stanowczo, przeciwstawiła jego dotychczasowej filozofii życia i obecnej frustracji, chrześcijańską koncepcję życia z Bogiem. Potrafiła go zmusić do przemyślenia na nowo wielu spraw, dzięki czemu dostrzegł i zrozumiał, że prawdziwym problemem jego życia było odwrócenie się od Boga, i chęć zapomnienia o Nim.

– Ale On nie zapomniał o mnie i dostarczył mi mocnych dowodów mojego błędu. Sądziłem, że najlepsza droga, to droga ucieczki od Niego, Jego nauki, obietnic, poleceń i przestróg... Ale Bóg pomógł mi się opamiętać.

 Najbardziej przerażający był dla niego zawód, którego doznał i świadomość własnej bezradności. Właśnie wówczas, w ciągu kilku tygodni dokonała się w sercu Rolanda wielka zmiana.

– W owym czasie często myślałem o tobie i słowach Biblii, które tak często cytowałeś w naszych sporach: „Albowiem cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat pozyskał, a na duszy swej szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za duszę swoją?” (Mt 16,26). Dzisiaj już się nie sprzeciwiam. Dzisiaj zgadzam się z tobą zupełnie!